Bez liścia mięty ani rusz!


Jestem przekonana, że każdy kto chociaż raz, na krótki moment, zainteresował się Marokiem i zaczął przeglądać zdjęcia z tego kraju – trafił na zdjęcia garbarni i farbiarni skór w Fezie. Wypełnione barwnikami rzędy kadzi to szalenie popularny obraz, pojawiający się na pocztówkach i plakatach – trudno więc przejść koło niego obojętnie. Zwłaszcza, gdy wieść niesie, że ich zwiedzanie jest trudne ze względu na… unoszący się zapach. Nie zadajecie sobie w takich chwilach pytania – serio? To naprawdę tak cuchnie? Ja tak robię. I na dodatek muszę to jeszcze empirycznie sprawdzić i potwierdzić.

_DSC0817

Będąc w Fezie ruszyliśmy więc na obrzeża medyny w poszukiwaniu najsłynniejszych na świecie farbiarni skór – Chouwara. Nietrudno je znaleźć. Wiecie, jak to jest z takimi miejscami. Ktoś to kiedyś zobaczył, zrobił zdjęcie, opowiedział innym, ludzie zaczęli przyjeżdżać, a teraz mamy atrakcję turystyczną. Nie ma kasy z biletami, ale biznes się kręci. I bardzo dobrze! U nas też zwiedza się manufaktury i inne zakłady pracy. I też się za to płaci. Jest to może trochę bardziej zorganizowane, ale umówmy się, że to trochę inne realia. Czemu więc oburzać się na to, że ktoś próbuje na nas zarobić? Wierzę w to, że dla tych ludzi to czasem jedyny pieniądz na przysłowiowy chleb.

_DSC0788

W wąskiej uliczce, wzdłuż muru stoją chłopcy i mężczyźni, wypatrując turystów. Nie są nachalni, ale służą pomocą. Chcąc wejść na teren garbarni, nie da się ich ominąć. Nie ma głównych wejść, bram, strzałek. Są tylko oni. Nieoficjalni przewodnicy – zarobią tyle, na ile dasz się naciągnąć. Wiemy, że garbarnia jest po prawej, odbijamy więc w jeszcze węższą uliczkę i próbujemy zejść nią w dół. Pierwsze dirhamy dajemy chłopakowi, który zatrzymuje nas mówiąc, że dalej się nie da. Wierzymy mu i dajemy się zaprowadzić na taras widokowy sklepu z wyrobami skórzanymi oczywiście. Dostajemy garść liści mięty do wąchania i wychodzimy na dach. Przed nami wyrasta charakterystyczny obraz plastra miodu i suszące się skóry na słońcu. Wszystko fajnie, ale… czujemy, że jesteśmy za daleko. Widzimy cały teren i szybko wyłapujemy, że da się podejść jeszcze bliżej. Dziękujemy więc i opuszczamy sklep. Sprzedawca zachęca nas jeszcze do zapoznania się z ofertą, ale widząc brak zainteresowania – odpuszcza. Szukamy dalej. Schodzimy niżej. Nikt nas nie goni, ale przed nami szybko pojawia się dwóch chłopaczków. Oni nas zaprowadzą, oni nam pokażą, tylko po dyszce na łebka. Wyglądają na zaangażowanych, idziemy więc za nimi. Strzał w dziesiątkę! Chwilami zastanawiam się, czy aby na pewno powinnam być w miejscach, do których wchodzimy dzięki naszym „przewodnikom” – nikt ich jednak nie przegania, na pewno są stałymi gośćmi w tym rejonie (może nawet tam pracują?). Chłopaki przeciągają nas po całej farbiarni. Chodzimy po kadziach, przez kadzie, między kadziami, obok kadzi. Przechodzimy przez pomieszczenia pełne skór, składników do barwienia skór i zmiękczania ich. A dodać wreszcie należy, że wszystkie składniki są pochodzenia naturalnego. A nic tak nie zmiękcza i nie ujędrnia skór, jak… gołębie odchody i krowi mocz. Stąd ten zapach – teraz już mogę potwierdzić – dość intensywny i nieprzyjemny. Naszym przewodnikom zdaje się to jednak nie przeszkadzać. Podobnie jak mężczyznom, którzy całymi dniami depczą skóry w kadziach, stojąc po kolana w płynie, sami wiecie jakiego pochodzenia… Tak wygląda proces barwienia skór. Żmudna i ciężka praca. Ponoć bardzo dobrze płatna, ale przekazywana wyłącznie z pokolenia na pokolenie. Namoczone skóry, ważące pewnie całe mnóstwo kilogramów (!), są wyciągane z kadzi i rozkładane do suszenia na słońcu. Wykonuje się z nich potem wszystko to, co kupić można na marokańskim suku, a nierzadko też w europejskim sklepie z galanterią skórzaną. Bo jakość marokańskich skór z Fezu znana jest na całym świecie.

_DSC0805

_DSC0802

_DSC0798

_DSC0809

_DSC0792

_DSC0818

Chłopaki dbają o to, by pokazać nam każdy szczegół tego miejsca. Przeprowadzają pod kołem wodnym, dbając o to, byśmy się nie pochlapali, podają rękę w trudniejszych miejscach i robią przystanek, gdy rozpływam się nad znalezionym kociątkiem. Kończymy oczywiście w sklepie z wyrobami skórzanymi. Chłopaki dostają swoją zapłatę (dajemy im dwa razy więcej, niż prosili, bo w naszych oczach zasłużyli na więcej, niż pierwszy „przewodnik”) i znikają, a nasz los jest od tej chwili w rękach sprzedawcy sklepu, do którego trafiliśmy. Trzyma nas długo, przez moment naprawdę rozważamy zakup czegokolwiek, no ale nie ma tam nic, co byśmy chcieli. Żegnamy się więc grzecznie dwadzieścia razy i w końcu udaje nam się opuścić sklep. Usatysfakcjonowani wycieczką, wracamy do medyny. I inaczej już patrzymy na kolorowe wyroby ze skóry sprzedawane na każdym rogu.

_DSC0800

_DSC0823

_DSC0821

Komentarze