Bo czasem lepiej się zatrzymać

Mimo, że urlop bezdyskusyjnie kojarzy się wszystkim z odpoczynkiem – nierzadko ciężko o prawdziwy odpoczynek w podróży. Niby odrywamy się od pracy i codziennych obowiązków, opuszczamy dom, w którym każdy kąt przypomina o tym, co należy zrobić, zostawiamy wszystkie zaległe i męczące nas tematy za sobą… Ale jeździmy, chodzimy, wspinamy się, poznajemy ludzi, którym chcemy poświęcić czas, czasem dźwigamy plecaki, myślimy o kolejnych miejscach, posiłkach i noclegach, mniej lub bardziej planujemy i bywa, że… wracamy z takiego urlopu po prostu zmęczeni. Oczywiście nikt nie mówi o tym głośno, bo przecież podróżowanie fajne jest, no i część osób zwyczajnie lubi ten rodzaj zmęczenia, niemniej takie sytuacje mają miejsce, a można ich zwyczajnie uniknąć.

Przede wszystkim, należy pamiętać o tym, że każdy ma swój sposób na podróż i odpoczynek. Mnie zamęczyłby na śmierć pobyt stacjonarny w luksusowym hotelu z basenem, gdzie dzień kręci się wokół posiłków i leżaków z parasolami. Zwariowałabym po jednym dniu. Ale czasem męczy mnie też ciągłe przemieszczanie się i pogoń za kolejnym punktem do odhaczenia na liście. A przecież świat taki duży i piękny i tyle w nim do zobaczenia! Wszystko da się zrównoważyć mając na podróż pół roku, ale czy da się jakoś to pogodzić z dwutygodniowym urlopem? Z perspektywy czasu, najmilej wspominam nasz namiot na krymskim półwyspie Tarchankut, gdzie leniwie spędziliśmy kilka dni po prostu będąc ze sobą, dwudniowy postój na malowniczych wodospadach Kravica w Bośni i parę dni relaksu w marokańskiej wiosce Imiter, w której nie ma nic. Oczywiście cudownie było objechać całą resztę i zobaczyć te wszystkie słynne miejsca, opisywane w przewodnikach, ale… najprzyjemniej było się po prostu zatrzymać w połowie.

Tak też zrobiliśmy w Jordanii. Po prostu zatrzymaliśmy się w miejscu na kilka dni i odpoczywaliśmy. Nie byłoby to pewnie możliwe, gdyby nie cudowna rodzina, pod której dach trafiliśmy przypadkiem, więc to im zawdzięczamy jakość naszego pobytu w Jordanii. A jest za co dziękować! W końcu na pytanie o to, co robiliśmy w Jordanii, możemy odpowiedzieć – odpoczywaliśmy!

Granicę izraelsko – jordańską przekroczyliśmy z myślą o snorkowaniu w Akabie i zobaczeniu Petry i Wadi Rum, ponadto mając z tyłu głowy jordańską stronę Morza Martwego i Amman. Na mapie nie brakowało też kuszących rezerwatów przyrody – wiedzieliśmy jednak, że nie możemy się tam zasiedzieć zbyt długo, gdyż samolot z Tel Awiwu czekać na nas nie będzie. Postanowiliśmy więc na początek znaleźć nocleg w Akabie i potraktować ją jako bazę wypadową do Petry i Wadi Rum. Można było zamknąć się z tym planem w trzech dniach i pędzić dalej. Można było.

Stanęło na tym, że w Akabie zostaliśmy znacznie dłużej. Nie dlatego, że jest to wybitnie piękna miejscowość, a dlatego, że udało nam się zamieszkać u ludzi, którzy dbali o to, byśmy się nie przemęczali. Mimo wszelkiej pomocy, jaką oferowaliśmy m.in. w kuchni, mimo czasu, który im poświęcaliśmy i energii wkładanej w rozmowy i wspólną zabawę – cały czas wypoczywaliśmy. Wstawaliśmy późno, jedliśmy wspólne śniadanie, po którym siadaliśmy w ogrodzie obserwując rosnącą papaję lub leniwie chłodziliśmy się w murach gościnnego domu. Wszystkie posiłki jadaliśmy wspólnie, wieczorami graliśmy w gry, skubaliśmy prażone pestki arbuza, czasem wyskakiwaliśmy na miasto po zakupy, piekliśmy, gotowaliśmy. Zwykle schodzili się jeszcze przyjaciele rodziny – ludzi ciągle było dużo i wszyscy szalenie serdeczni – na każdym kroku dawali sobą świadectwo, że najważniejsze jest bycie razem i… odpoczynek.

A nasze plany? Pierwszego dnia, wybraliśmy się na plażę, by zrealizować pomysł snorkowania wśród raf Morza Czerwonego i nawet nam się to udało, większą atrakcją okazało się jednak podziwianie rafy z… pokładu kajaka. Nasz gospodarz kupił go na krótko przed tym, jak się poznaliśmy i stwierdził, że nasza obecność to doskonały pretekst do tego, by go przetestować. Więc testowaliśmy razem. Kolejnego dnia wybraliśmy się na Wadi Rum, potem zrobiliśmy sobie dzień przerwy i dopiero czwartego dnia pojechaliśmy do Petry (na noc). Po powrocie z Petry, zostaliśmy jeszcze jeden dzień w Akabie. Podstawowy zarys pobytu w Jordanii został więc zrealizowany. A my nie czuliśmy już potrzeby podróży w głąb kraju, odpuściliśmy sobie stolicę i wszystkie kuszące miejsca na mapie. Co ciekawe, nie żal nam było tego, że siedzimy w miejscu i obce nam było poczucie marnowania czasu. Oczywiście zawsze z tyłu głowy pojawia się myśl, że może jestem w tym kraju ostatni raz i warto byłoby zobaczyć jak najwięcej, ale… odpoczynek okazał się mieć większą wartość. I to właśnie ten czas będziemy najmilej wspominać z całego pobytu w Jordanii. Nie będzie więc już więcej wpisów z tego kraju. Niech w głowach zostanie tylko serdeczność, niespieszność, pestki arbuza i papaja.