Chile przez przypadek

Decydując się na zobaczenie całkowitego zaćmienia słońca w 2019 roku, przypadkiem podjęliśmy się wyjazdu do Chile. Z myślą o tym, że Ameryka Południowa jest daleko, a tak długa podroż z 3,5-latkiem na pokładzie może nie być łatwa, postanowiliśmy zarezerwować sobie na ten wyjazd cały miesiąc. Dzięki temu nie zemdlałam z wrażenia, gdy po raz pierwszy spojrzałam na mapę i odległości pomiędzy poszczególnymi miejscami. Okazało się, że chcąc zobaczyć coś więcej, niż samo zaćmienie, będziemy musieli zrobić naprawdę mnóstwo kilometrów, bo Chile jest zaskakująco dużym krajem. Na szczęście, mieliśmy na to cztery tygodnie, podzieliśmy więc pierwotne plany na pół, a potem jeszcze raz na pół i jakoś się udało zmieścić w czasie ze scenariuszem podróży, który po wyklarowaniu, zakładał zobaczenie zaćmienia w miejscowości La Serena lub jej okolicy, zwiedzenie Santiago, Valparaiso, pustyni Atacama oraz Wyspy Wielkanocnej. Wydawać by się mogło, że trzy (leżące po drodze) miasta, jedna pustynia i jedna wyspa to naprawdę niewiele, jak na miesięczną podróż. W rzeczywistości wyszło jednak bardzo intensywnie – łącznie 7 lotów, 2 tys. km autem i trzy strefy klimatyczne (ponieważ odpuściliśmy sobie południe kraju, które przynależy do strefy czwartej). 

Chile to kraj czerwonych pickupów i bezpańskich psów. Jeśli na Islandii wydawało mi się, że każdy mieszkaniec tej wyspy posiada koparkę – tak w Chile przekonana byłam o tym, że na każde gospodarstwo domowe przypadać musi przynajmniej jeden czerwony pickup z charakterystyczną „antenką” zamocowaną po przekątnej na pace. Wyczytałam gdzieś, że na antenkach tych montuje się chorągiewki, by w razie słabej pogody, być widocznym dla kierowców kopalnianych wozideł sztywnoramowych, których na północ od Santiago jest całkiem sporo. Ile w tym prawdy – nie wiem, wiem natomiast, że czerwonych pickupów jest w Chile naprawdę dużo. Niestety podobnie sprawa się ma z bezdomnymi psami.

Pierwsze dni naszego pobytu w Ameryce Południowej, spędziliśmy na couchsurfingu w, sąsiadującej z Valparaiso, miejscowości Vina del Mar. Zwalczaliśmy jet lag, przyzwyczajaliśmy się do zimna i zwiedzaliśmy okolicę. To właśnie tam po raz pierwszy zetknęliśmy się z psią społecznością Chile. Valpo jest malowniczo położonym wśród wzgórz kurortem, tłumnie odwiedzanym przez turystów i na tychże turystów nastawionym. Każdego dnia setki (jeśli nie tysiące) odwiedzających snują się w street-artowym labiryncie uliczek, mijając setki (a może tysiące) bezpańskich psów. A psy, które mieszkają na chilijskich ulicach, to nie małe kundelki, tylko naprawdę duże osobniki. Wszystkie są do siebie podobne. Mieszkańcy stawiają im budy, napełniają miski wodą i jedzeniem, ubierają je na zimę (np. w męski t-shirty), ale do domu raczej nikt ich nie zabiera. Zbiorowa odpowiedzialność to jednocześnie brak odpowiedzialności. Chilijskie władze w ogóle sobie z tym problemem nie radzą – być może dlatego, że mają dużo znacznie większych zmartwień.

Śledząc media, każdy mógł natknąć się w ostatnich miesiącach na informację o masowych protestach w Chile. Społeczeństwo wyszło na ulice całego kraju w odpowiedzi na podwyżkę cen biletów na metro. W rzeczywistości te 30 pesos podwyżki było tylko kroplą, która przelała dzban – dzban napełniany od trzydziestu lat rosnącymi kosztami życia, korupcją i ogromnymi nierównościami społecznymi. Ogólnokrajowe protesty niestety dość szybko wymknęły się spod kontroli – doszło do zamieszek i aktów chuligańskich, a rząd wprowadził stan wyjątkowy (w tym godzinę policyjną) i wysłał na ulice wojsko. Niestety władza do tej pory nie podjęła skutecznego dialogu z protestantami, a bunt, w wyniku którego ludzie tracą życie i zdrowie, a kraj niszczeje, toczy się od paru miesięcy.

Nas fala protestów na szczęście ominęła – opuściliśmy Chile niecałe trzy miesiące przed pierwszymi demonstracjami. Podczas naszej podróży, mogliśmy więc spokojnie poruszać się po całym kraju i zachwycać się jego różnorodnością, bez troski o bezpieczeństwo. Zaczęliśmy od wybrzeża. Vina del Mar to doskonała baza wypadowa do kolorowego Valparaiso i kilku innych malowniczych miejsc, z których największe wrażenie zrobiły na mnie chyba olbrzymie piaskowe wydmy w miejscowości Concon.

Te kilka dni, spędzone na wybrzeżu jeszcze przed zaćmieniem, poświęciliśmy głównie na spacery, zabawy na placach zabaw, wypatrywanie pelikanów oraz jedzenie pieczonych lub smażonych w głębokim tłuszczu pierogów z rozmaitym nadzieniem (kilkadziesiąt wariantów!) – chilijskich empanadas. Uzupełniliśmy też w tym czasie braki w garderobie i wyposażeniu: kupiliśmy grubą czapkę dla mnie (pierwszy raz w życiu zapomniałam!), rękawiczki dla Adasia, dużo grubych skarpet, koc do auta, patelnię do naleśników i zabawki do piasku (nie znaleźliśmy nigdzie wiaderka z łopatką, padło więc na koparkę i wywrotkę). Śmiejemy się z tych rzeczy, gdy ktoś pyta nas teraz o to, jakie pamiątki przywieźliśmy z Chile – koc z supermarketu i patelnia to odpowiedź, której nikt się nie spodziewa.

Z Vina del Mar pojechaliśmy na dwie noce do Coquimbo, by móc stamtąd podziwiać zaćmienie, a następnie ruszyliśmy na północ, w kierunku pustyni Atacama, zatrzymując się na jedną noc na campingu w Parku Narodowym Pan de Azucar.

Droga w kierunku Atacamy jest długa i wyjątkowo monotonna. Z Coquimbo do San Pedro de Atacama jest prawie 1200 kilometrów. Ciężko podzielić to na mniejsze fragmenty, bo po drodze nie bardzo jest gdzie przenocować – jedynym miejscem, które miało jakikolwiek sens w naszym przypadku był wspomniany wcześniej park narodowy. Mimo noclegu, wciąż mieliśmy do pokonania setki kilometrów w ciągu jednego dnia, co było zdecydowanie najtrudniejszym etapem całego naszego wyjazdu do Chile. Na szczęście po dojechaniu na pustynię – nie żałowaliśmy podjętego wysiłku ani przez chwilę. Ale o tym, czym urzekła nas Atacama, opowiem już w innym wpisie.