City Break z małym dzieckiem? Nie umiemy w to!


Rok temu zima męczyła nas równie długo. Kilkumiesięczny brak słońca może byłby nawet akceptowalny, gdybyśmy w zamian dostawali drzewa uginające się od bialutkiego śniegu (czy jest ktoś, kogo to nie zachwyca?). Niestety w Szczecinie od lat śniegu brak. Znudzeni szarością za oknem, na oparach energii, bez której ciężko zmusić się do pracy i codziennego funkcjonowania, postanowiliśmy zrobić sobie krótką przerwę. A ponoć najlepszym sposobem na taką przerwę jest City Break, czyli kilkudniowy (najczęściej weekendowy) wypad do jakiegoś dużego miasta. Spróbowaliśmy więc!

Nie wybieraliśmy długo, bo wyjazd miał być spontaniczny. Padło więc na miasto, które już znamy (żeby nas nie korciło zwiedzanie), w którym będzie słonecznie, do którego mamy jakiś tani lot z Berlina i które jest dobrze skomunikowane transportem publicznym, żeby Jacek mógł odpocząć od prowadzenia auta. Viva Catalonia! Viva Barcelona! Stolica Katalonii pasowała doskonale. Ponadto Internet zapewniał, że Barcelona jest idealnym miastem dla dzieci. Liczne place zabaw, parki, skwery, plaże, woda, port, oceanarium… Wpisy na blogach brzmią tak jednoznacznie i przekonująco, że nie zwątpiłam w to ani przez chwilę. Z weekendowego wyjazdu, postanowiliśmy więc zrobić tygodniowy i pełni zapału polecieliśmy odpoczywać. Adaś miał wtedy 2,5 roku.

Ten wyjazd z pewnością na długo pozostanie w naszej pamięci, chociaż niekoniecznie tak, jak byśmy tego chcieli. Było ciepło i słonecznie, każdego dnia w zasięgu kilkunastu minut spaceru mieliśmy place zabaw, park, skwery, plażę, wodę i port, a jednak nie odpoczęliśmy w ogóle i właściwie to odliczaliśmy dni do końca…
Żeby w miarę przystępnie wytłumaczyć, dlaczego Barcelona nie dla każdego dziecka jest idealnym miastem, muszę trochę opisać naszego Adasia. To ten typ, co zwykle woli usiąść z książką lub klockami, niż biegać. Na placu zabaw znajdziecie go w piaskownicy, z której od czasu do czasu wyjdzie na zjeżdżalnię. W bawialniach przez długi czas był dzieckiem, które stoi z boku i obserwuje inne dzieci (jak to kiedyś jedna z moich koleżanek żartem powiedziała – “obserwuje z pogardą, oceniając czy inne dzieci są godne jego towarzystwa”), po czym dołącza do wspólnej zabawy lub nie. Oczywiście potrafi też szaleć i być głośny, ale raczej rzadziej, niż częściej. Zwykle najpierw coś analizuje, a dopiero potem działa. Po ulicy chodzi za rączkę, nigdy się nie wyrywał, nie uciekał. Nigdy nie musiałam martwić się o to, że ściągnie coś z półki w sklepie, albo wybiegnie mi pod samochód. Dopóki nie polecieliśmy do Barcelony…

Po wylądowaniu, bardzo szybko przypomniałam sobie dlaczego nie polubiłam się z tym miastem siedem lat wcześniej. Barcelona to dla mnie takie miasto – potwór. Jest olbrzymia, szybka i głośna. Oczywiście nie brak w niej też tych zacisznych i ustronnych miejsc, niemniej południowoeuropejska obyczajowość (której nigdy chyba nie pojmę, bo niby tacy wszyscy wyluzowani, niby punktualność tam nie istnieje, a wszyscy wiecznie gdzieś pędzą, trąbią, krzyczą i gestykulują nad wyraz intensywnie), wszechobecne papierosy, chaotyczny ruch uliczny i dzikie tłumy ludzi sprawiają, że mnie tam po prostu boli głowa. Stale (w Warszawie też tak mam, a do Azji się nawet nie wybieram). Ale dałam jej kolejną szansę. Mieliśmy tydzień, nigdzie nam się nie spieszyło. Plan wyjazdu był mocno umowny. Było parę miejsc, które chcieliśmy zobaczyć po raz kolejny i takich, które chcieliśmy pokazać Adasiowi. Wszelkie bilety wstępów mieliśmy zakupione z Polski przez Internet, nie musieliśmy więc stresować się parogodzinnymi kolejkami, a zaoszczędzony w ten sposób czas – mogliśmy przeznaczyć na szeroko pojęty odpoczynek. Dlaczego więc nie odpoczęliśmy? Bo nasze dziecko nie poradziło sobie z tym potworem.

Barcelona przebodźcowała nam dziecko. Mam wrażenie, że gdy tylko wychodziliśmy na ulicę, jego mózg z nadmiaru wrażeń sensorycznych, wyłączał się, pozostawiając jedynie tę gadzią część –  walcz lub uciekaj! Nasze spokojne dotąd dziecko, nagle nie potrafiło się na niczym skupić, wyrywało się na ulicy wprost pod pędzące skutery, ganiało za wszechobecnymi gołębiami, krzyczało, płakało i robiło masę niebezpiecznych rzeczy, wymagając od nas miliona procent uwagi. Ktoś z pewnością powie, że przecież właśnie tak zachowują się normalne dwulatki, ale my znamy naszego syna i wiemy, że nie jest to dla niego typowe. I problemem nie było to, że to my sobie z tą sytuacją nie poradziliśmy (chociaż przyznać trzeba, że nie byliśmy przygotowani na taki szał) – szkoda nam było po prostu jego nerwów. Dowodem na to, jak bardzo przeżywał to, co się wokół niego działo, były bezsenne noce. Sypiał źle, budził się często, płakał i opowiadał przez sen coś, co zdarzyło się w ciągu dnia. Wstawał o 5 rano, a potem przez pół dnia był zmęczony i marudny, a my razem z nim… Mimo, że staraliśmy się jak najwięcej czasu spędzać poza centrum i maksymalnie wyciszać go w parkach i na plażach – gwarne i zatłoczone ulice robiły swoje. A nie był to nawet szczyt sezonu turystycznego…

Żeby nie było – Barcelona oczywiście potrafi też zachwycić. Pomijając kwestię atrakcji turystycznych, można tam się po prostu zaplątać w tkankę miasta, wsiąknąć w nie. Dać się ponieść tłumom, które prędzej, czy później dojdą do jakiegoś placu, na którym toczy się popołudniowe i wieczorne życie. Zwłaszcza to drugie jest tam ponoć bardzo bogate i urozmaicone (nie dane nam było się o tym przekonać, ale też nie ciągnie nas nigdy do tego – w podróży zwykle zasypiamy bardzo wcześnie i wstajemy z kurami). Z Adasiem stawialiśmy zwykle na maksymalnie jedną atrakcję turystyczną dziennie (jednego dnia Sagrada Familia, innego Park Güell itd.), a resztę czasu spędzać próbowaliśmy nad wodą lub w Park de la Ciutadella, koło którego mieszkaliśmy. Po kilku dniach przyjęliśmy też taktykę poruszania się po mieście od placu zabaw, do placu zabaw – na szczęście tych w centrum faktycznie nie brak, a ich dużym plusem jest to, że pojawiają się czasem w najmniej oczekiwanych lokalizacjach. Dostosowaliśmy cały wyjazd do Adasia, żeby jakoś znalazł swój rytm i czuł się jak najlepiej…

Z miejsc, których nie znaliśmy wcześniej, zachwycił nas Parc del Laberint d’Horta – mały, cichy, spokojny park pełen romantycznych zaułków i niedużych fontann, z których jedna znajduje się w samym środku zielonego labiryntu. Miłym zaskoczeniem były też dla nas obchody El Dia de Sant Jordi, na które przypadkiem trafiliśmy. Dzień Świętego Jerzego to takie katalońskie walentynki, podczas których wręcza się bliskim czerwone róże (nierzadko przewiązane wstążkami w katalońskich barwach) oraz książki. Całe miasto jest więc wtedy usłane różami (udekorowane są nawet balkony w kamienicach Gaudiego i wnętrze Sagrady Familii), na każdym placu i skwerze rozstawione są stragany z książkami, a słynna La Rambla zamienia się w jeden wielki targ książek (niestety przejście nią graniczy tego dnia z cudem). Adaś najbardziej cieszył się chyba z przejażdżki kolejką naziemną na Tibidabo.  Natomiast miejscem, które rozczarowało nas najbardziej jest bez dwóch zdań L’ Aquarium de Barcelona, w którym pingwiny mają tak małą przestrzeń do życia, że miałam ochotę tam usiąść i wyć. Tego punktu w programie zdecydowanie nie polecamy!

Barcelona nie jest miastem, do którego będziemy chcieli kiedyś wrócić. Znów nie zobaczyłam co prawda słynnych fontann, nie zwiedziłam Pałacu Muzyki, nie pospacerowałam po terenie modernistycznego szpitala św. Pawła, ale zastanowię się pięć razy zanim zdecyduję się polecieć do niej kolejny raz. Wyjazd ten nauczył nas nowego spojrzenia na planowanie wyjazdów z Adasiem. Do tej pory kierowaliśmy się tylko zasadą odpuszczania przy zwiedzaniu. Po prostu mieliśmy świadomość tego, że połowy miejsc, o których przeczytałam w książkach, przewodnikach i na blogach, możemy nie zobaczyć. Teraz dodatkowo zaczęliśmy myśleć też o tym, czy nasze dziecko będzie się w ogóle dobrze czuło w otoczeniu, do którego jedziemy. I wiemy już, że Adaś nie nadaje się do dużych miast. My z resztą też nie.

Wróciliśmy z Barcelony bardziej zmęczeni, niż tam polecieliśmy, więc po paru tygodniach znów wzięliśmy kilka dni przerwy i pojechaliśmy w nasze poczciwe Sudety. Pospaliśmy w schroniskach, pochodziliśmy po lasach i górach i odpoczęliśmy. Tym razem prawdziwie…

Komentarze