Czując miętę do Maroka


“A jeśli herbata, to jaka?” Standardowe pytanie, stawiane w progu naszego domu, gdzie wybór herbat ograniczony jest wyłącznie przez pojemność szafki do tego przeznaczonej. Tymczasem w niektórych krajach sprawa jest banalnie prosta. Każdy wie, że Maroko to kraj sokiem pomarańczowym i herbatą miętową płynący. Nie jest to jednak herbata z torebki. Ba! Nie są to nawet liście mięty zalane wrzątkiem, jak to czasem nam się zdarza. Jest to swoista kompilacja chińskiej zielonej herbaty (koniecznie Gunpowder!), liści mięty, olbrzymiej ilości cukru i… grudek żywicy.

Sposób parzenia jest istną ceremonią – najczęściej najpierw parzona jest herbata zielona, którą następnie przelewa się już bez liści do imbryka z miętą, cukrem i żywicą i powoli się gotuje. Czasem zieloną zalewa się wrzątkiem od razu z miętą. Czasem pierwszy napar z zielonej jest wylewany, a przegotowane już liście zalewa się ponownie, dodając całą resztę i gotując oczywiście. Niezależnie od tego, rozlewa się ją potem do malutkich szklaneczek (kieliszków!) i… przelewa z powrotem do czajniczka. Tak kilka razy, dbając o to, by zawartość imbryka została dobrze wymieszana. Sztuka tkwi w tym, by herbatę rozlewać z jak największej wysokości, robiąc przy tym piankę w szklance.W każdym domu marokańska mięta smakuje inaczej. Czasem, dla urozmaicenia, coś tam się do niej dodaje, czasem brakuje żywicy. A po co żywica? Ano po to, by się bardziej pieniło! Herbata ta wszędzie jest jednak podstawą gościnności, nieodłącznym elementem życia rodzinnego i społecznego. Zwana marokańską whisky, uzależnia jak alkohol (z powodu szalonej ilości cukru) i chyba czasem tak też jest traktowana. Wyobraźcie sobie najbardziej obleśną spelunę, z której słuchać pokrzykiwania, a dym z papierosów czuć w obrębie paru metrów od lokalu – czego się spodziewacie? Na pewno nie grupy mężczyzn popijających miętę i super ekspresywnie grających w domino, prawda? A takie rzeczy się dzieją…

DSC9783DSC9742DSC0116DSC9999

Komentarze