Czy potrzebowaliśmy pandemii, by odkryć las?

Trzy tygodnie temu w naszym kraju potwierdzono pierwszy przypadek zarażenia koronawirusem. Przez ten czas, w życiu Polaków, zaszło wiele zmian. Część z nas zaczęła pracować zdalnie – niektórzy pierwszy raz w życiu. Część prowadzi edukację domową (nawet na kilku etapach nauczania jednocześnie, nierzadko godząc to z pracą i obowiązkami domowymi). Trzeba było zrezygnować z większości zajęć dodatkowych i wyjść do klubów. Okazało się, że można zrobić zapasy, a potem nie pójść do sklepu przez następne dwa tygodnie. Rodzice odkrywają w sobie (lub w Internecie) nowe pokłady kreatywnych zabaw dla dzieci. Ludzie, którzy nigdy nie byli w operze czy filharmonii – oglądają z zainteresowaniem spektakle i koncerty online. Uczymy się jeszcze pełniej korzystać z dostępnych technologii (parę dni temu tata Jacka czytał Adasiowi książkę na wideoczacie, a chór, w którym śpiewam, zaczął realizować próby za pomocą aplikacji do komunikacji). No i moim zdaniem najważniejsze – naród gremialnie ruszył do lasu.

W ciągu jednego tygodnia dostałam kilkanaście wiadomości od znajomych z zapytaniem dokąd można się z naszego miasta wybrać do lasu. Bo chociaż Szczecin otaczają trzy puszcze, większość mieszkańców zna tylko kilka leśnych miejsc i są to najczęściej polany rekreacyjne, gdzie zwykło się bywać na ogniskach – najpierw tych klasowych, z nauczycielami, a potem tych urodzinowych, zakrapianych pierwszym, jeszcze niekoniecznie dozwolonym, alkoholem.

Gdy więc padło hasło, by w czasie kwarantanny wybierać się na spacery do lasu, u niektórych osób pojawiła się wątpliwość – bo co to właściwie znaczy „pójść do lasu”? Co można robić w lesie? Co innego taki Park Kasprowicza z kaczkami w Rusałce, placem zabaw za Psią Polaną i lodami przy Jasnych Błoniach. Ale las?

Przecież w lesie są kleszcze. Dziki, wilki i niedźwiedzie. Można się tam zgubić. No i jest ciemno. Mało kto ma w sobie od dziecka zaszczepioną miłość do lasu. Kojarząc las z baśniami, które czytano nam do poduszki, możemy odczuwać niepokój, bo przecież las był zwykle mroczny i zły. Nieważne, że czasem mieszkały w nim dobre krasnoludki i przyjazne zwierzątka. Przecież wiemy już, że krasnoludki nie istnieją. Dlaczego więc inne, dobre oblicza lasu, miałyby być prawdą?

W świadomości wielu osób, lasy miejskie zarezerwowane były do tej pory wyłącznie dla grzybiarzy, harcerzy, rowerzystów, biegaczy i nielicznych pasjonatów pieszych wędrówek – z kijkami lub bez. A tu nagle każą iść…

Nie wszyscy potrafią wsiąść w auto i pojechać po prostu przed siebie. Nie każdy wie, że wzdłuż dróg za miastem aż roi się od parkingów leśnych, z których można ruszyć w dowolnym kierunku. Wreszcie – mało kto potrafi czytać mapy. To wszystko staje się na szczęście nieistotne w obliczu chęci i potrzeby spaceru po lesie. Gdy ludzie zaczynają stawiać pytania – odpowiedzi szybko się znajdują, koordynaty na mapie też. A wtedy wystarczy tylko w ten las wejść.

Wejść i iść przed siebie. Wyostrzyć zmysły, obserwować, wąchać, dotykać, chłonąć. Lub nie robić nic. Bo w lesie nic nie trzeba. Można pokonać wiele kilometrów, a można też po prostu przysiąść na pierwszej z brzegu polance. Można wziąć rower, piłkę, a nawet autka dla dziecka, pod warunkiem, że nie będziemy źli, gdy będzie trzeba to potem targać, bo dziecko wybierze bieganie z patykiem. Można wziąć jedzenie i zrobić biwak. Lub kalosze i poszukać strumienia. Można szukać echa, tropów zwierząt, głaskać mech, ścigać się lub zbudować szałas. Można prawie wszystko. Byle nie śmiecić, nie niszczyć, nie hałasować. Ze swojej strony trzeba w lesie dać naprawdę niewiele, by w zamian otrzymać całe mnóstwo: ciszę, spokój, rozluźnienie i wolność – cenną szczególnie teraz, w dobie społecznej kwarantanny.

Część moich znajomych, miała w ostatnich dniach okazję przekonać się, że nasze miasto jest doskonale położone. Z każdego punktu w Szczecinie, maksymalnie w godzinę (a może nawet w pół), znaleźć się można w środku dużego lasu.. Nagle okazało się, że las jest na wyciągnięcie ręki. Można do niego wyskoczyć po pracy. I wcale nie jest taki mroczny! Tak, są w nim kleszcze i dzikie zwierzęta. Ale kleszcza złapać można też w ogródku przydomowym, a żeby spotkać przykładowo dzika (wilki w naszym regionie to rzadkość, a niedźwiedzi nie ma wcale), który będzie nami na dodatek zainteresowany, a nie przemknie gdzieś w oddali, to trzeba mieć jednak szczęście. Zgubić się niełatwo, gdy podąża się oznakowaną ścieżką, a przy okazji można dowiedzieć się, że kolory szlaków zarówno w lesie, jak i w górach, nie świadczą o poziomie trudności drogi. A dopóki mamy dookoła bory iglaste – dopóty znaleźć możemy widny i przejrzysty las.

Być może ktoś potrzebował pandemii, by to odkryć. To jest ok. Niektórzy odkryli „Traviatę”, inni wreszcie zdobyli się na odwagę, by wziąć udział w pierwszych zajęciach jogi (online oczywiście). Być może ktoś pojechał do lasu i znalazł dzięki temu „swoje” miejsce, w którym może naładować baterie. A może ktoś inny spróbował i… nadal jest nieprzekonany. To też jest ok. Nie każdy musi lubić las. Ważne by o nim nie zapomnieć, gdy przyjdzie nam już puścić w niepamięć tego nieszczęsnego wirusa. By zachować w sobie myśl, że las jest blisko i trzeba o niego dbać. Bo jest piękny i potrzebny. Nie tylko w czasie pandemii.

* Wszystkie zdjęcia wykonane zostały telefonem i powstały w ciągu ostatnich tygodni, podczas naszych codziennych spacerów po Puszczy Wkrzańskiej.