Dokąd nocą tupta jeż...

Tarchankut to jedno z naszych ulubionych miejsc na świecie. Wcale nie dlatego, że zaczęliśmy od niego przygodę z Krymem. Raczej dlatego, że to na nim tę przygodę skończyliśmy, bo po trzech tygodniach podróży dookoła Krymu – wciąż za nim tęskniliśmy. Step, dzikie konie, białe klify schodzące do Morza Czarnego, zatopiony wrak statku, latarnia, kraby, bajeczne łuki skalne, cisza, spokój i mnóstwo miejsca na namiot. No po prostu jest to jedno z tych miejsc, które wkrada się do głowy i przypomina o sobie za każdym razem, gdy człowiek myśli o tym, że potrzebuje chwili wypoczynku i relaksu.

Półwysep Tarchankucki z Przylądkiem Tarchankut jest najbardziej wysuniętym na zachód rejonem Półwyspu Krymskiego. Znajdziemy na nim szerokie, piaszczyste plaże, przy których rozwinęły się duże kurorty – Mieżwodnoje i Czernomorskoje. Znajdziemy też dzikość, skaliste plaże, raj dla nurków, grotołazów i miłośników biwakowania na własną rękę – wszystko to w najbliższej okolicy miejscowości Olenivka. My dojechaliśmy tam autem. Spotkaliśmy jednak ludzi, którzy do Olenivki dojechali transportem publicznym, a dalej poszli już pieszo. Większość dociera tam w jednym celu – by rozbić namiot. Bo jest pięknie!

Dla osób wrażliwych na piękno natury – dużą atrakcją Olenivki będą z pewnością białe, wapienne formacje skalne z Dużym i Małym Atlieszem na czele. Dla tych bardziej aktywnych – można ponurkować, popływać motorówką, może nawet powspinać się na klifach (tego nie widziałam, ale nie wykluczam). Zapewniam jednak, że samo zejście na skaliste plaże, może już dostarczyć adrenaliny. W zależności od miejsca – zejść można po skałach, gibiącej się drabince, lub… wątpliwej jakości sznurze. Tchórzliwie wybieraliśmy drabinkę.

Na Tarchankucie spędziliśmy parę dni. Jednego wieczoru, wracając z plaży do namiotu, napotkaliśmy dwie przeszkody. Pierwszą stanowił kamper z rodziną Polaków na pokładzie. Rodacy z radości, że słyszą język ojczysty – zaprosili nas do siebie. Na herbatę oczywiście. Znaczy wódkę. Jacek pił, nie miał wyjścia. Dodam tylko, że Jacek wódki nie pija. Na dodatek tego dnia był już po upragnionym piwie (ponieważ jest jedynym kierowcą w naszym dwuosobowym zespole, rzadko ma okazję pić alkohol w podróży). No ale Polak z Polakiem na obczyźnie napić się musi. Jednak, ponieważ był to wspaniały dzień, po opuszczeniu kampera, na naszej drodze pojawił się jeszcze namiot z ukraińskimi studentami. Siedzieli przy ognisku i wołali nas na czaj. No czaj przed snem to dobra rzecz, więc czemu nie? Niestety czaju nie mieli. Ale za to Jacek dostał butelkę wina Koktebel w dłoń. To była długa noc. Studenci byli weseli, mieli jeden dwuosobowy namiot na siedem osób, ale za to całkiem niezłe zaplecze gastronomiczne. Zaskoczyli nas gotowaniem pielmieni w ognisku. Spędziliśmy z nimi parę godzin, jedząc, pijąc, śmiejąc się i rozmawiając. W międzyczasie swoim towarzystwem zaszczycił nas krymski jeż. To była dobra noc, pełna wrażeń. O takich długo się pamięta.