Dzisiaj w Betlejem

Miasto, które z jednej strony uznawane jest za miejsce narodzenia Jezusa, z drugiej strony jest symbolem zniewolonej Palestyny. Dotrzeć do niego niezwykle łatwo – wystarczy wsiąść w jeden z autobusów, odjeżdżających z Dworca Arabskiego w Jerozolimie (tuż przy Bramie Damasceńskiej), by po 20-30 minutach znaleźć się na terenie Autonomii Palestyńskiej. Jeden z autobusów wjeżdża do Betlejem okrężną drogą, pomijając punkty kontrolne, drugi natomiast zatrzymuje się tuż przed murem, obligując do przejścia przez check point. Dla turystów pokonanie punktu kontrolnego to raczej nic innego, jak sprawdzenie dokumentów i przejście przez bramki – mimo to, atmosfera panująca na miejscu sprawia, że formalność ta nie należy do najprzyjemniejszych. Miejscowi niestety nie mają tak łatwo – nierzadko po długiej i szczegółowej kontroli, po prostu nie udaje im się przekroczyć tej absurdalnej granicy.

Do centrum miasta z obu miejsc jest parę kilometrów, warto jednak zrezygnować z taksówki i pokonać je pieszo, by poznać mniej turystyczne i znacznie biedniejsze uliczki Betlejem. My spędziliśmy w Betlejem cały dzień, zdołaliśmy więc dość dokładnie obejść jego kąty i zachwycić się spokojem, którego brakowało nam już w Jerozolimie.

Głównym punktem na mapie Betlejem jest oczywiście Bazylika Narodzenia Pańskiego. Trafiliśmy na remont głównej nawy, który z pewnością potrwa jeszcze trochę lat, nie przeszkadza on jednak w zwiedzaniu świątyni. Miejscem identyfikowanym z tym, w którym na świat przyszedł Jezus, jest Grota Narodzenia zlokalizowana w podziemiach. Symboliczna gwiazda jest nieustannie dotykana i całowana przez wiernych (nikt przecież nie ma wątpliwości w to, że w świętych miejscach drobnoustroje z naszej śliny przestają istnieć), nie ma tu jednak takich tłumów, jak w jerozolimskiej Bazylice Grobu Świętego. Zostawiając podziemia w tyle, warto poświęcić parę chwil na obejrzenie dość mrocznej reszty świątyni. Wrażenie robi m.in. ilość kolorowych bombek choinkowych rozwieszonych pod źródłami światła. Nic dziwnego, że najczęstszą pamiątką przywożoną z Betlejem jest właśnie bombka.

W bliskim sąsiedztwie Bazyliki Narodzenia Pańskiego, zlokalizowane jest kolejne miejsce pielgrzymkowe – niepozorna i zupełnie nieoczywista Grota Mleczna. Biały kolor skał wewnątrz świątyni ma pochodzić od kilku kropel mleka, które upadły na podłogę podczas, gdy Maryja karmiła Jezusa. Jest to więc miejsce, do którego matki karmiące przychodzą modlić się o pokarm dla swoich dzieci, zdrapując przy okazji trochę proszku ze skały (co jest chyba zabronione) i zatrzymując go, jako relikwię. W przewodnikach natknąć się można na ostrzeżenie o fałszywym proszku, sprzedawanym jako mleko maryjne na straganach z pamiątkami. Nie rozumiałam tej informacji, dopóki nie zobaczyłam na własne oczy obdrapanych ścian w Grocie Mlecznej. Teraz już wiem, jak wiele osób pragnie posiadać ten proszek i skąd pomysł na biznes. My postanowiliśmy zostawić mleczne ściany w spokoju.

Znudzonym kościołami, polecamy targ na starym mieście (przecież wiecie, że kochamy targi!) – standardowe mydło i powidło i do tego wszechobecny bób z cytryną. Ceny znacznie niższe, niż w Izraelu. Ludzie chyba nawet bardziej uśmiechnięci. Nikt nie zachęca na siłę do zakupu dywanu, czy innej chusty – nawet pod sklepikami z pamiątkami. Królują oczywiście dewocjonalia, szczególnie bożonarodzeniowe (np. drewniane stajenki). Konkurencyjny jest tylko Banksy. Gadżety z jego obrazami, które zdobią palestyńską stronę muru, można kupić wszędzie. Słynny Banksy i jego wymowne dzieła, to z resztą kolejny cel wycieczek do Betlejem. Nam udało się odnaleźć dwie jego prace. Oficjalnie na terenie Betlejem i w Strefie Gazy jest ich ponoć dziewięć.

A skoro już o graffiti mowa – najwyższa pora wspomnieć o murze. Potężnym murze, oddzielającym Izrael od Palestyny, tworzącym getto i w moich oczach będącym tzw. powtórką z rozrywki. Betlejem jest idealnym miejscem na to, by się o tym przekonać (jest bezpieczniej, niż w Strefie Gazy, a mur zaczyna się niemal w centrum miasta). Wiemy o tym, że są miejsca, w których mur ten dzieli wieś/miasteczko na pół. Miejsca, w których ludzie mieszkają po jednej stronie muru, mając pracę/szkołę/lekarza po drugiej stronie. Miejsca, w których Palestyńczycy stoją godzinami na punktach kontrolnych tylko po to, by usłyszeć, że dziś nie przejdą. Bo nie. Do takich nie trafiliśmy. Mur, który wyrósł nam przed oczami w Betlejem był więc swego rodzaju abstrakcją i ciężko było nam uwierzyć, że to się dzieje teraz. To nie jest resztka Muru Berlińskiego, to nie pozostałości po murach getta warszawskiego. To nowy mur, aktualny, chroniony i nienawidzony. Jak ten, który Marokańczycy postawili na Saharze Zachodniej i ten, który Węgrzy planują postawić na granicy z Serbią. Tylko jeszcze większy i jeszcze gorszy. W jego cieniu trafiliśmy do miejsca, w którym o konflikcie rozmawia się przy herbacie z przypadkowymi ludźmi z całego świata. Może spędzilibyśmy w nim więcej czasu, gdyby nie konieczność powrotu do Jerozolimy. Poddając się więc kontroli, przekroczyliśmy mur i opuściliśmy Betlejem, wiedząc, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Wiedząc, że reszta Palestyny wygląda i funkcjonuje znacznie gorzej.