Gdy w ciągu dnia robi się noc


Ze Szczecina do Berlina, z Berlina do Paryża, z Paryża do Santiago de Chile. Wliczając kilkugodzinną przesiadkę we Francji – ponad doba w drodze. Wysiadając z samolotu w Santiago, zwróciliśmy na siebie uwagę jakiegoś rodaka: “- Wy też do La Sereny?” Też. Życzył nam bezchmurnego nieba i oddalił się uśmiechnięty. Na przełomie czerwca i lipca 2019 roku, samoloty do Chile przepełnione były entuzjastami całkowitego zaćmienia słońca, którzy przybyli na ten niezwykły spektakl niemal z całego świata. Spędząjac długie godziny na lotniskach i w środkach transportu…

Pod koniec lutego, na parę dni przed 35-tymi urodzinami Jacka, zapytałam go o to, co chciałby zrobić w życiu przed czterdziestką. Odpowiedź padła bez żadnego namysłu – wyznał, że chciałby zobaczyć całkowite zaćmienie słońca. A ponieważ mój mąż człowiekiem czynu jest – po chwili siedział już przy komputerze i przeglądał kalendarz zaćmień słońca na najbliższe pięć lat. Po dwóch chwilach natomiast, płacił już za bilety na czerwiec do Chile, bo okazało się, że przed czterdziestką całkowitego zaćmienia w Europie nie doświadczy, a skoro i tak trzeba będzie lecieć do Ameryki, to czemu nie teraz? Nie znam nikogo, kto jest bardziej konsekwentny w snuciu marzeń i spełnianiu ich. Jestem jego żoną od prawie dziesięciu lat, a nadal mi tym imponuje! Zupełnie przypadkiem, w wyniku rozmowy o urodzinach, mieliśmy więc zaplanowany urlop. I po raz pierwszy w historii naszego podróżowania, kierunek wyjazdu nie był w ogóle istotny, bo przecież lecieliśmy nie dokądś, a po coś.

Prosto z lotniska pojechaliśmy odebrać zarezerwowanego campervana. Nie tracąc czasu, ruszyliśmy od razu na zachód do Valparaiso i Vina del Mar, gdzie mieliśmy spędzić kilka pierwszych nocy na couchsurfingu. Teoretycznie przygotowani, potrzebowaliśmy jednak dość sporo czasu, by przestawić się z upalnego lata w Europie na zimę w Ameryce Południowej. Pochmurne niebo, zaledwie kilka stopni na plusie i przenikliwy wiatr nie był ani trochę przyjemny. Dlatego cieszyło nas to, że pierwsze noce spędzić mogliśmy pod normalnym dachem – dużą część reszty, przespać zamierzaliśmy w samochodzie, który niestety nie posiadał ogrzewania.

Na trasie do La Sereny wielokrotnie przejeżdżaliśmy przez bramki, gdzie płacąc za przejazd, otrzymywaliśmy przy okazji ulotki z mapą i szczegółowo rozpisanym godzinowo zaćmieniem. Mijaliśmy też billboardy informujące o zaćmieniu, a w wypożyczalni samochodów, z której pochodził nasz pojazd, wręczono nam okulary do oglądania zaćmienia (mając trochę wiedzy na temat tego w jaki sposób warto oglądać zaćmienie, by nie zaszkodzić swojemu zdrowiu, skorzystaliśmy z nich tylko na kilka sekund – resztę czasu obserwowaliśmy słońce przez szkiełka spawalnicze). Zjawisko, które początkowo wydawało mi się przereklamowane (nie rozumiałam dlaczego ludzie tak bardzo ekscytują się całkowitym zaćmieniem – jechałam tam dla Jacka), było doskonale rozreklamowane i całkiem nieźle skomercjalizowane. Najwięcej zarobili pewnie właściciele pokoi do wynajęcia w okolicy La Sereny, ale wzbogacić się też można było na koszulkach i gadżetach pamiątkowych, które sprzedawane były podczas “imprezy” głównej.

Celowo użyłam słowa impreza, ponieważ na plaży w Coquimbo, z której planowaliśmy podziwiać zaćmienie, już dwa dni wcześniej rozkładać zaczęto scenę i całą infrastrukturę przypominającą festyn typu szczecińskie Dni Morza. Budki z jedzeniem, stoiska z zabawkami dla dzieci, wata cukrowa, balony, głośna muzyka, a na plaży międzynarodowe towarzystwo – co niektórzy z flagami swoich państw, wokół których rozkładali koce i leżaki. Można było ruszyć w góry i trochę bardziej kameralnie doświadczyć zaćmienia w pobliżu jednego z bardzo wielu obserwatoriów meteorologicznych, nam jednak pasowało miejsce, które wybraliśmy – camping, na którym spaliśmy, znajdował się po drugiej stronie ulicy i nie groziło nam kilkugodzinne stanie w korkach na zjeździe z gór, co niestety było nieuniknione przy takich tłumach.

Rankiem 2 lipca wybraliśmy się na spacer po zapełniającej się powoli ludźmi plaży. Niebo było bezchmurne, w powietrzu czuć już było napięcie – nad wodą latały helikoptery, z każdej strony zjeżdżały się wozy transmisyjne, ustawiano barierki. Właściwy spektakl zacząć miał się po południu, podczas spaceru natknęliśmy się jednak na Indian z plemienia Mapuche – rdzennych mieszkańców Chile, którzy wykorzystują dzień zaćmienia do odprawiania złożonych rytuałów, gdyż wierzą, że zjawisko to ma wyjątkowo moc.

Po skończonych obrzędach, wróciliśmy na nasz camping który zapełnił się w międzyczasie chilijskimi rodzinami. Byliśmy jeszcze przy aucie, gdy zaczęła się pierwsza faza zaćmienia – słońce zostało “ugryzione” przez księżyc. Przez następną godzinę miało po kawałeczku “znikać”. Niektórzy całą tę fazę, podczas której księżyc stopniowo zasłania słońce, spędzają patrząc w niebo (przy pomocy środków chroniących oczy). Inni po prostu co chwilę rzucają okiem na słońce, by ocenić postęp zjawiska. Szał zaczyna się na parę minut przed całkowitym zakryciem tarczy słońca – odliczanie, jak podczas Sylwestra i wielkie owacje, gdy nagle robi się ciemno i zimno. Najbardziej spektakularna faza całkowitego zaćmienie słońca trwa kilka minut. Dosłownie kilka – dwie, trzy, pięć. Nasze trwało 4 minuty i 33 sekundy, ale z miejsca, w którym byliśmy –  widać je było zaledwie przez 2 minuty i 18 sekund. Czy warto przemierzyć cały glob dla dwóch minut? Zdecydowanie warto! Przyznaję, że nie spodziewałam się takich emocji. I nie spodziewałam się takiego efektu. Wiedziałam, jak będzie wyglądać tarcza słońca podczas poszczególnych faz zaćmienia, zupełnie nie pomyślałam jednak o tym, że po prostu zrobi się ciemno. I tak bardzo zimno! Dwie minuty upłynęły błyskawicznie. Zdążyliśmy zrobić dwa zdjęcia ze statywu, bo na więcej szkoda nam było czasu – bardziej zależało nam, by po prostu doświadczać tego, co dzieje się na niebie. O ile zaciemnianie nieba odbywało się stopniowo, o tyle powrót pełnego blasku słońca odczułam natychmiastowy. Tak naprawdę księżyc odsłaniał słońce w takim samym tempie, w jakim je zasłaniał, natomiast uchylenie zaledwie rąbka tarczy słońca, w obliczu tej trwającej dwie minuty ciemności, dało po prostu całe mnóstwo światła. Oczywiście powrót światła przyjęto równie entuzjastycznie – ludzie klaskali, wiwatowali, skakali i śmiali się. A mi, po całym tym przeżyciu, przyszła do głowy tylko jedna myśl – gdzie i kiedy następne zaćmienie?

Podczas następnych tygodni w Chile, spotykaliśmy ludzi z różnych części świata, którzy przylecieli oglądać zaćmienie po raz trzeci lub szósty w swoim życiu. Nazywa się ich łowcami zaćmień i może jest w tej pasji ciut szaleństwa, ale ja to szaleństwo totalnie rozumiem. My łowcami zaćmień zostać nie zamierzamy, ale jeśli jeszcze kiedyś zdarzy się okazja doświadczyć tego niesamowitego zjawiska kolejny raz – na pewno skorzystamy. Olbrzymią moc ma to nasze słońce, kochajmy je!

Komentarze