Izraelskie okno na świat

Jeśli ktoś jadąc do Izraela ma przed oczami zabytkową zabudowę i bliskowschodnie krajobrazy, przybywając do Tel Awiwu może przeżyć niemałe zaskoczenie. Duże, bogate, nowoczesne i wielokulturowe miasto z przynależącym do niego starym portem w Jaffie, chwilami bardziej przypomina Berlin lub Barcelonę. Namacalną różnicę stanowi wszechobecne wojsko. Obowiązkowa służba wojskowa dla kobiet (2 lata) i mężczyzn (3 lata) sprawia, że na ulicach izraelskich miast roi się od żołnierzy z bronią na plecach. Na początku robi to wrażenie, po paru dniach można się przyzwyczaić. Żołnierze są wszędzie – w sklepach i autobusach, w parkach i budkach z jedzeniem. Młodzi i jeszcze młodsi, niekoniecznie poważnie wyglądający z karabinem pod pachą. Myślę, że drobna osiemnastolatka z włosami ściągniętymi w kucyk, błyszczykiem na ustach i szkolnym plecakiem w kwiatki nie wzbudzałaby respektu nawet z trzema karabinami, ale dzięki temu, że prawdopodobnie umie tę broń obsłużyć – na ulicach Izraela jest względnie bezpiecznie (w mieszkaniach też – szczególnie, gdy przez okno w toalecie zagląda ktoś taki…).
Kolejną cechą wyróżniającą Tel Awiw na tle europejskich metropolii jest obecność lokali z koszernym jedzeniem, w tym również koszernych wersji sieciówek typu McDonald’s. Nie ma ich dużo, ponieważ jak to zwykle w religiach bywa – ścisłej koszerności przestrzegają tylko ortodoksi. Popularne jest natomiast jedzenie arabskie i… wegańskie. Cały Tel Awiw usiany jest restauracjami i barami z oznaczeniem „Vegan Friendly”, dzięki czemu, gdy po dwóch dniach znudzi Wam się już hummus i falafel – zjeść możecie np. zapiekanego w całości kalafiora z dodatkami (polecamy lokal Miznon przy ul. King George 30!).
Poza tym, Tel Awiw jest miastem, po którym chodzą ludzie różnych ras i wyznań. Jest miastem olbrzymich biurowców, modernistycznych osiedli i spektakularnych pustostanów w środku miasta. Jest miastem z pięknym deptakiem wzdłuż brzegu morza, którym dojść można do starej, zabytkowej dzielnicy w Jaffie. Jest miastem głośnym (szczególnie podczas zakupów na Carmel Market) i kolorowym (na fantastycznym targu rękodzieła przy ul. Nahalat Binyamin). Brudnym i zadbanym zarazem. A przede wszystkim, jest niestety miastem bardzo drogim, o czym przekonać się można np. w szabat, gdy nie działa komunikacja publiczna i zamiast dojechać na lotnisko pociągiem za 16 zł, trzeba wziąć taksówkę za 150 zł…
Czy warto więc odwiedzić Tel Awiw? Spędziliśmy w nim trzy noce. Dwie po przylocie do Izraela i jedną przed odlotem do Europy. Pierwszego wieczoru oswajaliśmy się z wojskiem na ulicach. Drugiego wybraliśmy się na prawicową manifestację przedwyborczą. Trzeci wieczór spędziliśmy w towarzystwie naszego gospodarza i jego przyjaciół. Dwukrotnie odwiedziliśmy Jaffę, jej port i targi, parokrotnie przeszliśmy przez Carmel Market, chłonąc smaki i zapachy. Dwa dni spędziliśmy na szwędaniu się po centrum i nie mogę powiedzieć, że był to zły czas. Jest to jedno z tych miast, w których turysta nie musi czuć się turystą. Ale wiadomo, że jeśli ktoś będzie chciał więcej – zawsze będzie szukał dalej. Tel Awiw był więc bardzo miłym początkiem i końcem naszej przygody z Izraelem, serce zostawiliśmy jednak w zupełnie innym miejscu.