Kuldiga, czyli o Rumbie na Łotwie słów kilka

Nie wiem czego spodziewaliśmy się po Łotwie, ale na pewno nie tego, że nas zachwyci. Miłym zaskoczeniem były więc te wszystkie małe, zadbane miasteczka pełne kwiatów, ta przyroda, której intensywność odczuwaliśmy bardziej, niż na Litwie i w Estonii i te foldery z informacji turystycznej, w których pełno było ciekawych miejsc i pięknych zdjęć. Kolejny raz mieliśmy wpaść gdzieś na chwilę, a zostaliśmy na znacznie dłużej. I gdyby nie ta wiza do Rosji, to kto wie, czy w ogóle byśmy z tej Łotwy wyjechali.

Zaczęło się od niczego. Bo po przekroczeniu granicy litewsko-łotewskiej, przez długi, długi czas dookoła nie ma nic. Niby są jakieś łąki i lasy, ale wypatrzenie drewnianej chaty na horyzoncie graniczy z cudem. Gdyby nie ten asfalt, który przecież musi dokądś prowadzić, pomyślałabym, że łotewska Kurlandia jest krainą opuszczoną i zapomnianą przez człowieka. Naszym celem była Kuldiga – jedno z niewielu miejsc na mapie Łotwy, polecane w przewodnikach. Kilometry mijały, nic jednak nie wskazywało na to, że wkrótce krajobraz zmieni się, a przed nami wyrośnie nagle atrakcyjne miasteczko. Ba! Nawet tabliczka z nazwą miejscowości, którą minęliśmy, zdawała się być jakimś błędem – przecież to nie mogło być to! I gdy już zwątpiliśmy w trafność przewodnikowych wyborów, parkując samochód przy nijakim skwerze, oczom naszym ukazał się deptak. Pusty i smutny, bo niedziela, bo pozamykane sklepy, bo deszczowy dzień, ale każdy deptak ma przecież swój początek i koniec. A skoro na początku nie ma nic, to znaczy, że na końcu będzie coś! Wyjątkiem od tej reguły jest niestety deptak w naszym rodzinnym mieście, ale na szczęście nie o nim jest dzisiejszy wpis. No więc deptak w Kuldidze. Z początku niepozorny, chociaż wystarczy rozejrzeć się na boki, by dostrzec pierwsze ślady wyjątkowej zabudowy, z której słynie Kuldiga. Wszystkie domy są do siebie podobne. Wszystkie są mniej więcej tej samej wysokości. I wszystkie są w podobnym stanie. To naprawdę rzuca się w oczy. I naprawdę robi wrażenie. Jednolita zabudowa, czyste ulice i kwiaty. Wszędzie kwiaty. Niezwykłe ilości kwiatów! Kwietniki stojące, wiszące, skomplikowane kompozycje florystyczne, które doskonale współgrają z otoczeniem. Ja wiem, że o małe miasteczka łatwiej dbać, niż o duże miasta i łatwiej w nich o spójną koncepcję, ale naprawdę dawno nie widziałam tak zorganizowanej przestrzeni. Deptak kończy się (a może zaczyna) dość przewidywalnie placem, przy którym stoi ratusz i fontanna i kilka bardziej zabytkowych chat.

Plac jest niewielki, bo przecież cała Kuldiga też jest niewielka. Wielki jest za to gwóźdź tego programu. Największy w Europie nawet! Bo w tej niewielkiej mieścinie, położonej pośrodku niczego, płynie sobie rzeka Windawa. Na rzece stoi piękny, zabytkowy, ceglany most. A obok mostu rozciągają się najszersze w Europie wodospady – Ventas Rumba. Jeśli ktoś spodziewa się imponujących kaskad na skałach – może się rozczarować. Ventas Rumba to tylko niewysokie progi wodne, rozciągają się jednak na całą szerokość rzeki i to sprawia, że są tak niezwykłe. W rzece (i wodospadach) można się też kąpać, jej temperatura nie zachęca jednak do długiego pluskania się. A pomiędzy starym miastem, a wodospadami, znaleźć można naprawdę uroczy park.

Niestety nie trafiliśmy z pogodą. Kuldiga powitała nas chmurami i deszczem. I może to i lepiej, bo zniechęciło nas to do biwakowania pod miastem. Zamiast tego, zostaliśmy w niej na dwie noce. W schronisku położonym tuż nad brzegiem wodospadu. I do snu utulał nas szum wody. Dawno tak dobrze nie spaliśmy 🙂