Lodowce Islandii


Kto mnie zna – zna też prawdopodobnie moje zamiłowanie do map. Wzięło się ono najpewniej z szuflady w pokoju dziadka, który mnie wychowywał. Trzymał w niej atlas geograficzny Polski i stare mapy, które cierpliwie mi objaśniał, gdy byłam mała. Lubiłam wodzić po nich wzrokiem, śledzić kolorowe plamy, czytać obco brzmiące nazwy, porównywać nieregularne kształty… Fascynacja ta nie przełożyła się co prawda na zachwyt lekcjami geografii. Nie marzyłam też nigdy o tym, by zostać kartografem, czy nawigatorem. Wciąż jednak nie potrafię wyruszyć w podróż, bez dokładnego przestudiowania mapy. Zwłaszcza hipsometrycznej, bo to ona najbardziej pobudza moją wyobraźnię. Na przykład wtedy, gdy pośrodku brązowego pola wyrastają białe kleksy. Obiecują one przecież spotkanie z majestatycznymi lodowcami, których widok odbiera mowę! Chyba dlatego tak polubiłam islandzką mapę – lodowe plamy zajmują na niej jedną dziesiątą powierzchni.

Pierwszy raz dotknęłam lodowca w dniu swoich trzydziestych urodzin. Był to Sólheimajökull (w rzeczywistości to część lodowca Mýrdalsjökull – jednego z największych w Europie). Nie weszliśmy na niego, chociaż przy odpowiednim sprzęcie – jest to możliwe. My po prostu podeszliśmy do jego skraju, a ja mogłam zachwycić się tym, że pierwszy raz w życiu widzę w przyrodzie lód. Nie oblodzone skały, czy zamarznięte jezioro. Po prostu lód. Taki pierwotny. Był brudny. Czoło lodowca oblepione piachem i pyłem wulkanicznym, w ogóle nie przypominało niebieskich kryształów, na które liczyłam. By zobaczyć stary, błękitny lód, musielibyśmy wykupić wycieczkę z przewodnikiem, a to raczej nie wchodziło w grę z niespełna dwulatkiem na stanie. Taki brudny też miał z resztą swój urok – promienie słońca sprawiały, że chwilami nabierał srebrzystej poświaty. Marzył mi się jednak ten błękit, wkrótce ruszyliśmy więc dalej.

Islandzka droga numer 1, znana wszystkim, którzy kiedykolwiek postawili swoją stopę na tej wyspie, wielokrotnie umożliwiała nam podziwianie lodowców z oddali. Pewnie by mi to wystarczyło, bo na spacer po powierzchni, wspinaczkę po lodospadzie, czy eksplorację lodowcowych jaskiń pozwolić sobie z Adasiem nie mogliśmy. Wiedzieliśmy jednak, że Islandia ma w tym temacie jeszcze coś niezwykłego do zaoferowania – laguny lodowe, które powstały w wyniku topnienia największego lodowca w Europie – Vatnajökull. Tego nie mogliśmy sobie odpuścić.

Spektakularne jezioro polodowcowe Jökulsárlón i malutkie laguny Fjallsárlón oraz Breiðárlón w jego pobliżu, to cel większości wycieczek po Islandii. Wiejące chłodem czoło lodowca, dryfujące kry i nurkujące pomiędzy nimi foki – to scenografia jednego z najpiękniejszych spektakli przyrodniczych, jakie przyszło nam kiedykolwiek oglądać. Wbrew pozorom, jest w tej sztuce sporo dynamiki. Odłamujące się z trzaskiem bryły płyną przy ujściu z dość szybkim nurtem zderzając się, przesuwając, wypierając nad powierzchnię. Wszystko to sprawia, że miejsce to w każdej godzinie wygląda inaczej. Można powiedzieć, że lodowiec rozpada się na naszych oczach, chociaż nie brzmi to może zbyt optymistycznie…

Najlepsze widoki gwarantuje chyba jednak szeroka plaża Breiðamerkursandur, usytuowana po drugiej stronie drogi. Jej czarny brzeg po horyzont usiany jest lodowymi rozbitkami. Białe, niebieskie, przezroczyste odłamki lśnią w słońcu i zachęcają do kontaktu. To niezwykła przestrzeń na powtórkę z fizyki i geografii – fragmenty lodu różnią się od siebie nie tylko barwą, ale też budową (bowiem jedno wynika z drugiego), co w tym miejscu można bez wysiłku zaobserwować. A dla dziecka w wieku Adasia, jest to doskonałe źródło bodźców sensorycznych, bo przecież lód jest śliski, szorstki, mokry, zimny, ostry, gładki i topi się, zamieniając się w wodę! No lepiej, niż na placu zabaw!

Lagunę Jökulsárlón podziwiać można z brzegu i z poziomu wody – agencje turystyczne wykorzystują dużą powierzchnię jeziora (a przecież stale się ono powiększa), organizując na nim rejsy amfibią. My zachęcamy Was jednak do zostawienia jeziora na rzecz dłuższego spaceru po plaży Breiðamerkursandur. Im dalej na zachód, tym ciszej, spokojniej i bardziej magicznie.

Komentarze