Nie samym rumem Kuba płynie


Pinar del Rio to niewielkie miasteczko, położone w zachodniej części Kuby. Słynne na cały świat z plantacji tytoniu i fabryki cygar, w labiryncie jednokierunkowych uliczek, skrywa jedno, rzadziej odwiedzane przez turystów miejsce. Jest nim fabryka alkoholu Guayabita del Pinar.

Nie wiem czego spodziewałam się po zwiedzaniu przetwórni kubańskiego alkoholu, ale z pewnością nie tego, że będzie mnie po niej oprowadzał ochroniarz ze złotymi kłami. Człowiek ten wpasował się jednak tak doskonale w klimat otoczenia, że nie mogliśmy mieć lepszego przewodnika. Nasz ochroniarz nie mówił po angielsku, nie znamy więc historii fabryki, tajnych receptur, ani procesu produkcji. Informacje znalezione w sieci i przewodnikach też nie są zbyt spójne. Nie do końca wiemy nawet z czego przyrządza się ten złoty likier – jedne źródła podają, że z owoców guawy (co by się zgadzało z nazwą trunku, ale nie wyglądem tego, co dostaliśmy na spróbowanie), inne, że z jagód trzciny cukrowej (o których nie wiemy kompletnie nic). Skoro więc nie mogliśmy chłonąć wiedzy, skupiliśmy się na odbiorze empirycznym. A zmysły szalały!

Wzrok. Pierwsza sala skąpana jest w półmroku. Okna pod sufitem skutecznie rozświetlają tylko stół i propagandowy mural na ścianie. Do aparatury, prawdopodobnie pełniącej funkcję destylatora, docierają już tylko ostatki promieni. W krótkim korytarzyku piętrzą się sterty butelek, a niewielki dziedziniec tylko na chwilę pozwala nacieszyć oczy światłem. W pozostałych pomieszczeniach też przecież panuje ciemność. Niby są jakieś okna, niby są jakieś lampy, ale tak naprawdę wszystko to przypomina starą i mroczną piwnicę. Jeśli w takich warunkach powstaje jeden z najsłynniejszych kubańskich alkoholi, nie chcę wiedzieć gdzie produkuje się te mniej popularne.

Słuch. Jak na fabrykę, to jest całkiem cicho. Ludzie, których nie ma tu wcale dużo, rozmawiają cicho między sobą; w tle gra jakieś radio. Nie słychać żadnych maszyn, bo chyba ich tu nie ma. Owoce fermentują bezgłośnie w beczkach, butelki leżą posłusznie na swoim miejscu. Może gdyby któraś się stłukła, odgłos pękającego szkła wniósłby trochę życia w te ponure ściany, ale nic takiego się nie dzieje. Stąpamy więc cicho, bo każdy dźwięk brzmi w tym miejscu jakoś niestosownie.

Dotyk. Właściwie lepiej niczego nie dotykać. Wszystko wygląda na stare i brudne, skojarzenia z piwnicą są wciąż najbardziej adekwatne. Śmiało można pomyśleć, że nikt tu nie pracuje od lat. Że to tylko ekspozycja, odtworzona przestrzeń na potrzeby zwiedzających, tylko ludzie żywi zamiast manekinów, chociaż równie dobrze mogłoby ich nie być.

Zapach. Drażni nozdrza. Zabieram Adasia z pomieszczenia, w którym leżą beczki, bo sama ledwo mogę tam oddychać. Czuć alkohol. Mocny. Penetrujący. Słodki. Przypomina mi trochę zapach baniaków z winem porzeczkowym, które mój dziadek trzymał na balkonie w wiklinowych koszach. Lubiłam w dzieciństwie liczyć pęcherzyki powietrza w rurkach. Tu zapach jest znacznie bardziej intensywny. Nie wytrzymałabym w tym miejscu nawet pół godziny. Mężczyźnie, który siedzi w pobliżu beczek, zdaje się to jednak w ogóle nie przeszkadzać.

Smak. Cierpki. Intensywny. Mocny. To owoce, które otrzymujemy do spróbowania. Degustuje Jacek, ale z oferowanej garści, zjada tylko jedną “jagodę”. Prawdopodobnie wystarczyłoby zjeść ich kilka, żeby się upić, a tego nie chcemy. Trunek w butelkach ma 30% w wersji słodzonej i 40% w wersji podstawowej. Kupujemy obie, chociaż w naszym domu raczej nie ma komu tego pić. Jacek dolewa sobie słodszą odmianę do herbaty, tej drugiej jeszcze nie próbował. Ponoć Guayabita porównywana jest do brandy. My na alkoholach znamy się tyle, co nic.

Po co odwiedzać przetwórnię alkoholu w Pinar del Rio? By poczuć klimat nielegalnej bimbrowni, który udziela się w tych mrocznych pomieszczeniach, gdy za oknem praży bezlitosne słońce. Głupio płacić za zwiedzenie brudnych pomieszczeń bez anglojęzycznego przewodnika? Bez obaw! Na miejscu jest przewodnik z prawdziwego zdarzenia, który oprowadza wycieczki i opowiada o fabryce. Dlaczego więc nie poszliśmy z przewodnikiem? Bo złotozębny ochroniarz z jakiegoś powodu wykłócił się o to (na naszych oczach), by móc nas oprowadzić. Może chciał na nas dodatkowo zarobić? A może lubi dzieci? Mimo, że o fabryce nie dowiedzieliśmy się ani słowa, nie żałowaliśmy ani minuty spędzonej w tym dziwnym miejscu. W dużej mierze jednak, jest to zasługa tego człowieka.

Komentarze