O naszym podróżowaniu w czasie ciąży

O podróżowaniu w czasie ciąży… wiem niewiele. Z różnych względów, dłuższy okres mojej ciąży, spędzić musieliśmy w domu. Nie zmienia to faktu, że zdążyliśmy gdzieś wyjechać (a nawet polecieć) i posmakować tematu, który nierzadko przeraża przyszłe mamy. No bo jak to? W ciąży? Do obcych krajów? Nie bałaś się? Ano trochę się bałam… Ale wiecie co? Bałabym się tyle samo siedząc w domu!

Nie bez powodu okres ciąży u człowieka podzielony jest na trzy trymestry. Każdy z nich cechuje się swoistymi zmianami w ciele, a co za tym idzie – charakterystycznymi dolegliwościami, które mogą (ale nie muszą!) się pojawić, wpływając na stan i ogólne samopoczucie ciężarnej. Może więc ona czuć się lepiej lub gorzej, a sytuacja ta jest zmienna i dynamiczna. Książkowo, najtrudniejszy jest pierwszy i ostatni trymestr. W rzeczywistości – różnie bywa. Każda ciąża przebiega inaczej i każda kobieta przeżywa ją inaczej. Znam dużo kobiet, które będąc w ciąży podróżowały (niektóre naprawdę daleko i spartańsko!), znam też wiele, które mimo prawidłowo przebiegającej ciąży – przeleżały 9 miesięcy w domu, bo zwyczajnie nie czuły się na siłach robić cokolwiek. Czy można więc jednoznacznie ocenić sens i bezpieczeństwo podróżowania w ciąży? Czy da się określić najlepszy czas na wyjazdy? Nie sądzę. Myślę natomiast, że warto zaufać swojej intuicji. I zaprzyjaźnić się z rozsądkiem. My tak zrobiliśmy. Dlatego pierwsze tygodnie mojej ciąży, po konsultacji z lekarzem i położną, spędziliśmy na Bliskim Wschodzie.

Był to czas stałego zmęczenia, niewiarygodnej potrzeby snu, problemów z wchodzeniem pod górkę i sporadycznych nudności. Lecąc do Izraela spodziewałam się niezwykłej galerii zdjęć z podróży – Aga wymiotuje pod Ścianą Płaczu, Aga wymiotuje nad Morzem Martwym, Aga wymiotuje w Petrze itp., itd. Na szczęście takie zdjęcia nie powstały. Powstały za to inne – Jacek dokumentował wszelakie odstępstwa od normy. Mam więc masę zdjęć, na których śpię (chociaż to wciąż można byłoby nazwać u mnie normą) i kilka takich, na których odpoczywam. Odpoczywam, bo weszłam na wydmę w Wadi Rum. Odpoczywam, bo weszłam na wzgórze w Petrze. Odpoczywam, bo pokonałam stromą uliczkę w Betlejem. Odpoczywam, bo przeszłam parę metrów i zabrakło mi tchu. Tak właśnie wyglądał mój pierwszy trymestr. Zdobycie pierwszego piętra potrafiło graniczyć z cudem. I wiecie co? Cieszę się, że tak było! Bo dzięki temu, podróżowaliśmy po Izraelu i Jordanii wolniej, zatrzymywaliśmy się częściej i zostawaliśmy na dłużej. Czy to nie tego nam zawsze brakowało?

Pierwszy trymestr był też czasem wzmożonej wrażliwości na zapachy. Mój zmysł węchu wyostrzył się do tego stopnia, że mogłam zastąpić psy tropiące na lotnisku. Bałam się więc tych wszystkich intensywnych zapachów, które czekały na mnie na arabskich targach. Na szczęście okazało się, że zapach przypraw i kadzideł nie odrzucał mnie ani trochę, czego nie można było powiedzieć np. o zapachach unoszących się we wnętrzach galerii handlowych, czy strefy wolnocłowej na lotnisku (stoiska z perfumami powodowały u mnie odruch wymiotny przez pół ciąży).

Bałam się również tego, jak mój żołądek reagować będzie na bliskowschodnią kuchnię. Nie jem mięsa, co samo z siebie już potrafi sprawiać problem w podróży, a w czasie ciąży doszło mi jeszcze kilka smaków, na które absolutnie nie miałam ochoty i zapotrzebowania. Na szczęście, udało się wszystko pogodzić i głodna po Izraelu nie chodziłam. A gdy w Jerozolimie o godzinie 22.00 zachciało mi się truskawek – wszyscy mieszkańcy naszego dormitorium ruszyli razem z nami na poszukiwania. I znaleźliśmy! To była misja integracyjna 🙂

Szczęśliwie nic mi więcej w pierwszym trymestrze nie dolegało. Podróż samolotem przeżyłam bez dodatkowych atrakcji, nie wymiotowałam (pod warunkiem unikania jabłek, na które paradoksalnie miałam ogromną chęć), bóle głowy minęły w czwartym tygodniu ciąży, bóle brzucha, dłoni i kręgosłupa jeszcze się nie pojawiły, obrzęków nie było, humorów też nie (chyba?). Śmiem twierdzić, że pierwszy trymestr był więc bardzo dobrym momentem na podróż i cieszę się, że z tej podróży nie zrezygnowałam. A czemu miałabym zrezygnować? Bo tak, jak każda przyszła mama – bałam się najgorszego. Bałam się, że pierwsze tygodnie ciąży będą tymi jedynymi tygodniami ciąży. Bo ten pierwszy trymestr jest trochę parszywy i nie zawsze kończy się dobrze. Ostatecznie przekonały mnie jednak słowa znajomej ginekolog (dzięki Ula!), która uświadomiła mi, że jak ma się coś wydarzyć, to wydarzy się i tak, niezależnie od tego gdzie aktualnie będę. O ile więc zadbam o siebie w tej podróży – o tyle nie zwiększę ryzyka niepomyślnego zakończenia. Pojechałam więc i zadbałam o siebie. Było warto!

Drugi trymestr faktycznie potrafi przynieść spektakularną poprawę samopoczucia – pod warunkiem, że nie pojawi się w tym czasie nic ponadprogramowego (u nas były to problemy z tarczycą). Myślę, że dla wielu ciężarnych jest to bardzo dobry czas na wszelkie aktywności, w tym również podróże. My drugi trymestr spędziliśmy w domu, ale gdybyśmy mogli – z pewnością byśmy gdzieś wyjechali.

Za to trzeci okres ciąży to już całe spektrum mniej lub bardziej nasilonych objawów, których nawet nie zamierzam tu wymieniać i opisywać. Wciąż i nadal można czuć się dobrze, ale pewnych rzeczy się już nie przeskoczy (np. absurdalnie częstej potrzeby korzystania z toalety). Linie lotnicze ograniczają na ten czas możliwości podróży (w pewnym momencie wymagane jest zaświadczenie od lekarza o braku przeciwwskazań do lotu, a pod koniec ciąży zabronione jest w ogóle wchodzenie na pokład samolotu), autobusy odpadają – chyba, że mają w środku toaletę lub częste postoje w planie. Jeśli podróż – to tylko samochodem lub pociągiem. My trzeci trymestr, podobnie jak drugi, musieliśmy spędzić w domu, udało nam się jednak wyjechać na dwa dni nad morze (zalecane przy niedoczynności tarczycy i w czasie ciąży, gdy wzrasta zapotrzebowanie organizmu na jod). Jeśli ktoś myśli, że wyjazd gdziekolwiek na dwa dni się „nie opłaca” – jest w dużym błędzie. Dwa dni potrafią zdziałać cuda! Poznawanie nowych miejsc i ludzi, podziwianie krajobrazów, wyciszenie myśli, doświadczenie czegoś nowego – to zawsze się opłaca! Dwa dni to mnóstwo czasu na relaks, którego w ciąży nie powinno brakować.