Pechowa przygoda w Apold

Czasem tak już jest, że los nam sprzyja i podróż „sama się dzieje”. Dzieją się miejsca i ludzie, dzieje się autostop, zaproszenia do domów na obiady czy noclegi. Czasem startujemy z mniejszym bądź większym planem, a czasem bez planu. Podróż nie polega przecież na przemieszczaniu się z punktu A do punktu B. W każdej podróży musi bowiem znaleźć się miejsce na ludzi i ich historię, a co za tym idzie – najzwyczajniejszą w świecie zmianę planów i przygodę. I taką właśnie nieplanowaną przygodą był dla nas pobyt w małej i uroczej rumuńskiej miejscowości, zwanej – Apold. Jak się później okazało – niestety trochę pechowy.

Nie trafilibyśmy do leżącego w sercu Transylwanii Apold, gdyby nie znajoma. A właściwie znajoma znajomej. Jeszcze przed wyjazdem z Polski, otrzymaliśmy kontakt do Ani, by zwrócić się do niej po aktualne i wiarygodne informacje na temat tego, co w Rumunii warto, a co można sobie odpuścić. Jak to zwykle bywa, na złotych radach się nie skończyło i wkrótce otrzymaliśmy zaproszenie do Apold. Przyjmując zaproszenie, umieściliśmy je na naszej trasie między malowniczym Sibiu, a leżącą w bardzo niedalekim sąsiedztwie Apold – słynną Sighișoarą. Planowaliśmy spędzić tam wyłącznie jedną noc, ale jak już wspominałam – podróż bez zmiany planów, to nie podróż.

Cóż takiego niezwykłego jest w Apold? Na pierwszy rzut oka jest to mała, spokojna miejscowość, z serii tych, które stoją w miejscu i nic w nich się nie dzieje. Nie sposób jednak zbagatelizować wznoszącego się nad chałupami kościoła warownego, stojącego w centralnym punkcie wsi, tuż na wprost (prawdopodobnie jedynego?) przystanku autobusowego. Kościół warowny nie jest niczym niezwykłym w Rumunii – twierdze takie rozsiane są po całej Transylwanii, nierzadko stanowiąc komercyjną atrakcję turystyczną. Ten w Apold jest jednak wyjątkowy. Przede wszystkim dlatego, że jeszcze parę lat temu popadał w ruinę. I pewnie nędzniałby dalej, gdyby nie Stowarzyszenie casApold, z Anią i jej mężem – Sebastianem na czele. Ich szeroko zakrojone działania, obejmują m.in. renowację i odbudowę terenu kościoła, jego promocję oraz integrację i edukację społeczności lokalnej (w dużej mierze niemieckojęzycznej), poprzez organizowanie na terenie twierdzy – pikników, warsztatów i międzynarodowych seminariów z zakresu dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Efekty wieloletnich działań Ani i Sebastiana są widoczne gołym okiem. Pięknie odmalowany kościół, jego mury obronne oraz pozostałe budynki wchodzące w skład zespołu warownego – naprawdę robią wrażenie. Wiele jest jeszcze do zrobienia, niemniej już dziś kościół warowny w Apold może ubiegać się o miano jednego z bardziej malowniczych w okolicy. To wszystko dzięki członkom organizacji non-profit.

Ania i Sebastian zaprosili nas do siebie, gdzie spędziliśmy miło czas – nie mieli jednak możliwości przenocować nas w swoim domu. Ku naszemu zaskoczeniu – zaproponowali nam więc… nocleg na terenie twierdzy. Ponieważ w naszej szufladce z nietypowymi noclegami nie znalazł się dotąd nocleg w kościele warownym – z przyjemnością przystaliśmy na tę niebanalną propozycję. Nocleg, jak się okazało, miał być całkiem nieźle zorganizowany. Dostaliśmy klucze do jednego z pomieszczeń, wyposażonego w ławki, koce, śpiwory i materac. W obliczu braku ogrzewania i drugiej połowy października za oknem – najbardziej ucieszyliśmy się z dodatkowych śpiworów. Na zewnątrz mieliśmy wychodek i studnię, a bezpieczeństwo zapewniały nam klucze do murów obronnych. Zamykając bramy w murach od wewnątrz – zostawaliśmy sami w twierdzy i nikt z zewnątrz nie mógł wejść na jej teren. Szaleństwo, prawda?

W takich warunkach spędziliśmy dwie noce. Dzień zaczynaliśmy od wspinaczki na kościelną wieżę i podziwiania zamglonego Apold. Następnie snuliśmy się po okolicy, zajeżdżając do Sighișoary po to, by wieczorem podzielić się wrażeniami przy ognisku z Anią i Sebastianem. Cały pobyt w Apold z pewnością wspominalibyśmy, jako sielski, gdyby nie jedno, pechowe wydarzenie.

Wyobraźcie sobie jeszcze raz całą sytuację. Zostajemy zaproszeni i ugoszczeni w domu przez obcych ludzi. Ponadto w pełnym zaufaniu otrzymujemy klucze do zabytkowego kościoła warownego i możliwość bezpłatnego nocowania w nim. Nasi gospodarze organizują nam przytulne miejsce do spania, poświęcają nam swój czas, zapewniają dostęp do łazienki itp., itd. A my? Gubimy klucze do kościoła. Serio. Przepadły, zaginęły, diabeł ogonem nakrył. Wydarzyło się to w nocy, w ciągu 10 minut, w dłoniach Jacka, na krótkim odcinku drogi między domem naszych gospodarzy, a bramą w murach obronnych. W poszukiwaniach brało udział 5 osób. Przez dwa dni. Bezskutecznie. O ile klucz do murów obronnych miał się dobrze (trudno byłoby zgubić prawie 15 centymetrów żelaza), o tyle pęk kluczy do samego kościoła i pozostałych pomieszczeń – zapadł się pod ziemię. Ciężko nie mówić o pechu, mając taki wyczyn na koncie. Do tej pory jest nam szalenie głupio i przykro. Niestety jedyne, co możemy w tej chwili zrobić, to opowiadać światu o Apold i zachęcać do wspierania inicjatywy Ani i Sebastiana. Może ktoś z Was, zajedzie kiedyś pod mury tej pięknej twierdzy i w kępie trawy znajdzie zaginione klucze. Koniecznie oddajcie je Ani!