Porwanie kontrolowane


Zostaliście kiedyś porwani? Wywiezieni samochodem w miejsce, którego nie znacie i nie planowaliście odwiedzać? Przez ludzi, posługujących się wyłącznie językiem, którym Wy się nie posługujecie? Uśmialiście się przy tym do łez? My tak! 😉

Marokańska gościnność zachwycała od pierwszych chwil. Ludzie zapraszali nas do swoich domów, gościli, karmili, pomagali w znalezieniu kolejnych autobusów, kupywali bilety, odprowadzali na stacje. Nasi gospodarze czuwali nad nami od początku do końca, dzwoniąc co kilka dni, by upewnić się, że na drugim końcu ich kraju nic nam nie grozi i wszystko jest ok. Czuliśmy się bezpiecznie.Któregoś pięknego dnia, łapiąc autostopa w kierunku Sidi Ifni, skąd mieliśmy udać się taksówką do Guelmime, trafiliśmy na przemiłą parę z dzieckiem. Zgodzili się nas zabrać do oddalonego o 10 kilometrów Sidi Ifni i nic nie wskazywało na to, że zapamiętamy tę przejażdżkę na długo. Najpierw okazało się, że nasz kierowca również jedzie do Guelmime. Zadowoleni, że po godzinie bezpłatnej jazdy, wylądujemy u naszego gospodarza, u którego zostawiliśmy wcześniej wszystkie nasze rzeczy – zadzwoniliśmy do niego, by podzielić się szczęśliwą nowiną. Ponieważ ludzie, z którymi jechaliśmy nie znali angielskiego – przekazaliśmy im nawet słuchawkę, by mogli po arabsku dogadać się z naszym hostem na temat miejsca, w które mają nas odwieźć. Ludzie byli uśmiechnięci, posługiwaliśmy się językiem ciała, kierowca kupił dla nas po drodze jakieś batoniki, zabawa z dzieckiem na tylnym siedzeniu trwała w najlepsze. W pewnym momencie Ona zapytała, czy zgodzimy się pojechać do jej domu na obiad. Niestety czas nas gonił, musieliśmy odebrać rzeczy od naszego znajomego, pożegnać się z jego rodziną i biec na autobus – nie było więc już czasoprzestrzeni na obiady i z przykrością musieliśmy odmówić. Nie było to łatwe. Bo przecież zawsze możemy pojechać autobusem następnego dnia, a tę noc spędzić u nich. Proste, nie? Tylko grafik napięty, mimo, że nasze plany już na starcie zostały mocno zweryfikowane. No nic, dziękujemy serdecznie i jedziemy dalej.Poznajemy nawet okolice, zbliżamy się już do części miasta, w której mieszka nasz gospodarz. Nasz kierowca jedzie jednak w innym kierunku. Przez moment, myślimy o tym, że może chce ominąć jakieś jednokierunkowe uliczki i jedzie okrężną drogą. Kierowca wyjeżdża jednak na jakieś przedmieścia, po czym skręca i parkuje pod domem, którego nie znamy. Wszyscy wysiadają, my też. Otwierają furtkę, każą wchodzić na górę. Wciąż i nadal z uśmiechami na ustach. Idziemy więc, bo wiemy już, że daliśmy się złapać. Na stole ląduje herbata (najlepsza, jaką do tej pory piliśmy!), po chwili chleb, oliwa, jajka. Pijemy, jemy, śmiejemy się. Obiecują, że zaraz odwiozą nas do naszego gospodarza. Idziemy na dach, pokazują kury w zagrodzie i gołębie w klatkach. Przelewają nam do butelki oliwę robioną ręcznie przez mamę naszej gospodyni, zapisują adres i numer telefonu. Na koniec dostaję jeszcze chustkę w prezencie. Po godzinie jesteśmy już u naszego gospodarza. Przed rozstaniem, wręczam naszemu kierowcy paczkę polskich krówek. Nic więcej dla niego nie mamy, z resztą i tak nie chce nic od nas przyjąć. Rozstajemy się serdecznie, policzki bolą od uśmiechu. Wyjątkowo udane porwanie! A przecież chcieliśmy tylko podjechać 10 kilometrów na postój taksówek… Nasz gospodarz komentuje to krótko – tacy właśnie są ludzie Sahary…

DSC9958

DSC9961

DSC9960

DSC9964

Komentarze