Przewrotnie o pająkach z czarnogórskiego wybrzeża

Poruszanie się samochodem po czarnogórskim wybrzeżu w środku sezonu letniego, przypomina czasem oglądanie filmu w zwolnionym tempie. Bardzo zwolnionym. Sznurek samochodów wlecze się asfaltowymi serpentynami i niewiele można z tym zrobić. Małe szanse na objazd, boczną drogę, czy skróty. Jest tylko morze i góry, a pomiędzy nimi – asfaltowa trasa do czarnogórskiego raju. Widoki z drogi w znacznym stopniu rekompensują czas stracony w aucie. Nie jest to jednak najlepszy sposób na spędzenie dnia nad Adriatykiem. Przekonaliśmy się o tym jadąc z położonej pod Albańską granicą miejscowości Donji Štoj, w kierunku Zatoki Kotorskiej.

Zarówno trasa, jak i mijane miejscowości są bardzo malownicze. Bez wątpienia zboczyć należy do Starego Baru. Jak nazwa wskazuje, jest to stara część miasta Bar, będącego aktualnie największym portem morskim w Czarnogórze. O ile nowa część Baru i port nie wzbudzają zainteresowania – o tyle Stary Bar w całości stanowi jedną z najważniejszych atrakcji turystycznych w kraju. Wszystko za sprawą doskonale zachowanego miasta warownego, które wznosząc się na wzgórzu – cieszy oczy turystów. Obraz murów obronnych, wieży zegarowej bądź tureckiego akweduktu, pojawia się na wszystkich pocztówkach. I rzeczywiście robi niemałe wrażenie. Jest to jednak miejsce, które można obejść w godzinę – dwie, warto więc zaplanować swoją trasę tak, by Stary Bar był wyłącznie punktem pośrednim.

Kolejnym punktem na naszej trasie miała być Budva i Kotor. Niestety ruch na drodze (a raczej jego brak) sprawił, że zmieniliśmy nasz plan i zdecydowaliśmy się na dwa dni odpoczynku w pobliżu wyspy Sveti Stefan. Wyspa (sztuczny półwysep) Sveti Stefan jest kolejnym, nieodłącznym elementem czarnogórskich pocztówek, niestety możliwość zwiedzania, mają wyłącznie goście ekskluzywnego hotelu, który się na niej znajduje. My zadowoliliśmy się polem namiotowym z widokiem na cały półwysep. I korzystając z bliskości Budvy, wyskoczyliśmy do niej na jeden dzień.

Budva jest prawdopodobniej najbardziej skomercjalizowaną miejscowością na czarnogórskiej riwierze. Miasto ma charakter nowoczesny, nie brakuje tu nawet galerii handlowej, ale swoją popularność zawdzięcza przede wszystkim urokliwej starówce z wyróżniającą się cytadelą. Wąskie, murowane uliczki położone nad lazurową wodą Adriatyku, przyciągają tak wielu turystów, że znalezienie wolnego miejsca parkingowego chwilami graniczy z cudem. Po długich poszukiwaniach, udało nam się jednak zostawić auto w małej, spokojnej uliczce i ruszyć na podbój starych murów.

Możecie sobie tylko wyobrazić nasze zdziwienie, gdy po kilku godzinach wróciliśmy do samochodu, którego… nie było. Nasze auto zniknęło, a wraz z nim rząd innych, zaparkowanych w tym samym miejscu. Nietrudno zgadnąć, że kradzież dziesięciu samochodów w biały dzień, w środku miasta jest mało prawdopodobną wersją wydarzeń. Nie widzieliśmy jednak powodów, dla których policja mogłaby chcieć nas odholować. Bez namysłu ruszyliśmy więc na posterunek z nadzieją na wyjaśnienie zagadki.

Okazało się, że popularność turystyczna Budvy niekoniecznie idzie w parze ze znajomością języka angielskiego wśród służb mundurowych. Panowie nie potrafili się z nami porozumieć w innym języku, niż ich własny – na szczęście dość szybko zrozumieli o co nam chodzi. Równie szybko otrzymaliśmy też odpowiedź – nic im na temat naszego auta nie wiadomo. Nie zajmują się holowaniem samochodów z miasta, nie kojarzą takiego auta, nie mają z tym tematem nic wspólnego. No i w tym momencie zaczął się stres. No bo przecież auta nie ma, a było. Policja nic nie wie, my nic nie wiemy – co robić? Na ratunek przybył jeden z funkcjonariuszy, który po chwili zastanowienia, postanowił wspiąć się na wyżyny swojej znajomości angielskiego i poczęstował nas enigmatycznym hasłem: „spider”. Pozostali panowie szybko mu przytaknęli i już po chwili wszyscy zgodnie powtarzali, że naszym autem z pewnością zajął się pająk. Wykonali nawet w tej sprawie jakiś telefon, po którym z jeszcze większą pewnością zwalali winę na pająka. No dobra, lepsze to niż nic. Przynajmniej już coś wiemy – pająk zabrał nasze auto, teraz tylko trzeba znaleźć jego gniazdo. Podziękowaliśmy więc policjantom i udaliśmy się pod wskazany adres. Gniazdo pająka okazało się sporych rozmiarów. Otoczony siatką i szlabanami teren, zapełniały wszelakiej maści auta, głównie na obcych rejestracjach. Pomiędzy nimi, krążyły cztery pojazdy z dźwigiem do holowania. Istotnie przypominały pająki…! Podobnie, jak wielu kierowców, zaparkowaliśmy samochód na jezdni – co, jak się okazało, jest w Czarnogórze zabronione. I nie trzeba do tego znaków – po prostu nieznajomość prawa szkodzi. A egzekwowaniem przepisów zajmuje się policja komunalna (zakładam, że jest to odpowiednik naszej straży miejskiej) – stąd brak wiedzy na temat naszego auta na zwyczajnym posterunku. Z wypisanymi mandatami zostaliśmy wysłani na pobliską pocztę. Większość osób w kolejce do kasy dzierżyła znane nam, różowe kwity. Spotkanie z pająkiem kosztowało nas 125 euro. Po opłaceniu mandatów, wróciliśmy na parking komunalny odebrać auto. Zadowoleni, że się znalazło i zgaszeni nieplanowanym wydatkiem, wróciliśmy na kemping. Od tamtej pory, będąc w podróży, zostawiamy samochód wyłącznie na płatnych parkingach. Wciąż jednak podziwiamy przedsiębiorczość władz Budvy i sposób wzbogacania się tego małego, turystycznego miasta.