Sarema – królowa estońskich wysp


Jadąc do Estonii, najbardziej cieszyła nas perspektywa odwiedzenia malutkiej wyspy Kihnu, zamieszkanej przez zaledwie 500 osób. Splot różnych wydarzeń sprawił jednak, że zamiast na Kihnu, popłynęliśmy na Saremę – największą wyspę w Estonii i czwartą pod względem wielkości na wodach Morza Bałtyckiego. Było nam trochę przykro, ale ostatecznie nie żałujemy, bo Sarema jest piękna! Ale po kolei…

Bardzo nie chcieliśmy opuszczać Łotwy, ale dalsza droga wzywała, więc zerwaliśmy się rano, spakowaliśmy auto i bez śniadania popędziliśmy do Estonii. O godzinie 14.30 mieliśmy prom na wyspę Kihnu, na której zaplanowaliśmy dwa noclegi. O 14.00 dotarliśmy na przystań promową, stanęliśmy w kolejce i… jako jedyni nie dostaliśmy biletu, bo na pokładzie nie było już miejsca na nasze auto. No nic, nauczka na przyszłość, że pół godziny przed promem, to jednak za mało. Chcąc upewnić się czy na kolejnym, odpływającym za 3 godziny promie na pewno będzie dla nas miejsce, dowiedzieliśmy się, że po angielsku z nikim się nie dogadamy. Postanowiliśmy więc czekać. Malutka przystań to tylko kasa, wc i nic więcej. Rozłożyliśmy koc, wyciągnęliśmy kartusz z gazem, zrobiliśmy herbatę… Minęła godzina, dwie… w końcu zaczęły zjeżdżać się kolejne samochody. Zwinęliśmy piknik i z nową porcją entuzjazmu, przenieśliśmy się do budynku, w którym mieściła się kasa. Ludzie zaczęli kupować jakieś bilety – spróbowaliśmy więc i my. Niestety znów trafiliśmy na opór materii i barierę językową – pani w kasie nie chciała nam sprzedać biletu, nie potrafiąc przy tym wytłumaczyć dlaczego. Na szczęście po paru minutach przy kasie pojawił się wreszcie ktoś znający angielski. Korzystając z przygodnego tłumacza, dowiedzieliśmy się, że na prom wjedzie 30 aut, ale 25 miejsc jest już zarezerwowanych. Na pokład wjedzie więc tylko pierwsze 5, a my… staliśmy nie na tym pasie (chociaż przez prawie 3 godziny byliśmy tam sami!). Sytuacja absurdalna, Jacek ruszył pędem przestawiać auto, wreszcie stanęliśmy na właściwym pasie i matematyka zdawała się wskazywać na to, że zmieścimy się w szczęśliwej piątce. No prawie. Bo okazało się, że popłynąć to my możemy, ale nie ma gwarancji na to, że w ciągu tygodnia zdołamy wrócić. Na kilka dni przed naszym przyjazdem do Estonii, na Kihnu wybrało się tyle osób, że zwyczajnie zabrakło już miejsc na promach powrotnych na kilka dni do przodu. No i niby ok. Mieliśmy przecież czas, mogliśmy utknąć. Ale po tym wszystkim przyszła chwila refleksji. Skoro to taka mała, nieturystyczna wyspa (16 kilometrów kwadratowych), na której żyje 500 osób. Skoro dopłynąć na nią można tylko 4 razy w ciągu doby. Skoro na promie mieści się 30 aut. Skoro nie ma opcji powrotu w ciągu następnych kilku dni. To właściwie ile osób tam jest teraz?! I jakim cudem się tam mieszczą? Stwierdziliśmy, że nie chcemy się o tym przekonywać. Po trzech godzinach oczekiwania na prom, ruszyliśmy dalej. Na następną przystań, kolejny prom i inną wyspę. I tym sposobem spędziliśmy parę cudownych dni w miejscu, do którego w ogóle nie planowaliśmy się wybierać.

Jedynym miastem i przy tym, najważniejszym punktem Saremy jest małe i spokojne Kuressaare. Jego główna atrakcja, to Zamek Biskupi – najlepiej zachowana twierdza Inflant. Nie jest może duży, ale wygląd prostej, kwadratowej bryły, wzbudza jakiś respekt. No bo to taki szary klocek… Od razu widać, że nie zbudowano go dla ozdoby!

Prawdziwym symbolem wyspy są jednak wiatraki. Zostało ich już tylko pięć, ale ustawione obok siebie w miejscowości Angla, wciąż malowniczo prezentują się na tle zachodzącego słońca. Wszyscy obok nich przejeżdżają, niektórzy zatrzymują się, by wejść do środka. A one stoją niewzruszone życiem, które wokół nich się toczy. To tylko pięć starych wiatraków pośrodku niczego, głupio jednak przejechać obok nich obojętnie.

Sarema to również wapienne klify, bagna i wypełnione wodą kratery po uderzeniu meteorytu. Nas jednak najbardziej zauroczyły kamieniste plaże i mnóstwo darmowych campingów, o których pisaliśmy kiedyś tu: Pod namiot do Estonii. Ich ilość sprawiła, że mimo iż Sarema jest bardzo turystyczną wyspą, nie mieliśmy problemu ze znalezieniem ustronnego miejsca na namiot.

Oczywiście nie objechaliśmy całej wyspy. Mieliśmy tylko kilka dni, wizy do Rosji wystawione na konkretne daty i niekorzystne prognozy meteorologiczne na horyzoncie. Zjechaliśmy więc z Saremy na ląd, by deszcze i burze spędzić w Tallinie, a potem uciekliśmy już w kierunku Sankt Petersburga. Jednak o ile stolica Estonii nas w sobie nie rozkochała, o tyle Sarema sprawiła, że poczuliśmy niedosyt tych estońskich wysp. Bo wyspy generalnie mają coś w sobie. Ich ograniczona, podporządkowana przyrodzie przestrzeń, sprawia, że człowiek naprawdę tam odpoczywa. Więc może wrócimy. Tym razem na Kihnu. I nie damy się przegonić z promu!

Komentarze