Tam, gdzie pasą się mgły

Natknęłam się niedawno na pytanie: „Czym pachnie Rumunia?”. I uświadomiłam sobie, że dla mnie Rumunia pachnie domowej roboty serem, wędlinami, ciepłym mlekiem i pieczywem, którym poczęstowano nas pewnego dnia w jakiejś przypadkowej wsi, której nazwy (ani położenia na mapie!) nie zapamiętaliśmy…

Jechaliśmy przez wsie i wioseczki, rozglądając się za miejscem na namiot, gdy z okna samochodu zauważyłam tę starą, pomarszczoną kobietę w kolorowej chustce na głowie. Stała za drewnianym płotem i wiedziałam, że to jest właśnie miejsce, w którym chcę spędzić noc. Właściwie nie wiem dlaczego próbowałam z nią rozmawiać po rosyjsku, prędko przekonaliśmy się, że język ten na niewiele się zda w Rumunii (całe szczęście, bo znamy tylko kilka słów!). Kobiecina na moją „pałatkę” odpowiedziała „camping” i to właściwie były jedyne słowa, które padły wśród plątaniny gestów i uśmiechów. Mowa ciała zawsze była moim ulubionym językiem. Dość szybko udało nam się uzyskać przyzwolenie na rozbicie namiotu na jej polu, co by nam oczywiście w zupełności wystarczyło, ale jak to zwykle bywa, spotkanie to na rozstawieniu namiotu się nie skończyło. Tym razem wszystko skupiło się na tym, że przecież jest połowa października i na pewno będzie nam w tym namiocie zimno. Na nic zapewnienia, że damy radę – gospodarze szybko zdecydowali, że spać powinniśmy na sianie, bo na pewno będzie nam tam cieplej. Próbowaliśmy – nie było! W środku nocy wracaliśmy do namiotu. Zanim jednak poszliśmy spać – nasza gospodyni zaprosiła nas na ciepłe mleko przed snem (krowa wydojona na naszych oczach), do którego dostaliśmy absolutnie przepyszne drożdżówki i to jest pierwszy zapach, który wiruje mi w głowie, gdy myślę o tym miejscu i tych ludziach.

Drugi pojawił się rano, gdy nasz namiot stał jeszcze skąpany w rosie i mgłach (a krowy już były na polu). Gospodyni posadziła nas przy stole, na którym znów zakwitły pyszne wypieki (tym razem chałki!), a obok nich – ręcznie robione sery i wędliny (boczek z żeberkami i szczeciną na skórce – radość Jacka!). Zaskoczyłam ją trochę prosząc o herbatę zamiast kawy, ugotowała ją jednak szybko, wsypując mieszankę (prawdopodobnie samodzielnie zbieranego) suszu bezpośrednio do garnka. I była to najlepsza herbata, jaką w życiu piłam. Naprawdę. Chętnie wróciłabym w to miejsce po to, by jeszcze raz spróbować tego smaku.

Jak tylko podniosły się mgły – złożyliśmy nasz namiot i pożegnaliśmy się ciepło z naszą gospodynią. Ta wspaniała kobiecina nie mogła przeżyć, że przecież na dworze „frig”, a ja zamiast ubrać się ciepło, jestem taka „elegant”. Nie mogła jednak wiedzieć tego, że jej śniadanie i gościnność rozgrzały nasze serducha i już jest nam ciepło i dobrze i możemy spokojnie ruszać dalej, bo zaczęliśmy naszą podróż po Rumunii tak, jak to sobie wymarzyliśmy. I mimo późnej pory, z każdym dniem naszego pobytu w tym kraju, robiło się już tylko słoneczniej. A zapach ciepłego mleka i świeżych chałek na długo kojarzyć się będzie z dobrocią i życzliwością.