Trinidad od świtu do zmierzchu


Trinidad, to obok Havany i Varadero, najbardziej znane miasto na Kubie. Położony na wzgórzach, przyciąga tłumy swą kolonialną starówką, w całości wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Rzeczywiście trudno oprzeć się jej urokowi. Niełatwo jednak cieszyć oczy brukowanymi uliczkami i kolorowymi kamienicami, gdy każdy kąt zastawiony jest straganami z pamiątkami, a z wszystkich stron napływają fale ludzi. Dlatego polecamy obejść Trinidad rano. Bardzo rano. Tuż po świcie.

Jednym z plusów podróżowania z małym dzieckiem, są wczesne pobudki. Takie bezwzględne! Bo przecież można byłoby równie dobrze nastawić sobie budzik. No i chciałoby się czasem pospać do 10.00. Jednak przy Adasiu to pierwsze nie było nigdy potrzebne, a to drugie nie było nigdy możliwe. Zwykle wstaje między 6.00, a 7.00, więc najpóźniej w okolicach 8.00 jesteśmy po śniadaniu i możemy ruszać w świat. A czasem ruszamy bez śniadania.

Wschody słońca zwykle zachwycają mnie bardziej, niż zachody. Może dlatego, że widzę ich mniej? Ten nad Trinidadem również mnie nie rozczarował. Gdy niebo zaróżowiło się na horyzoncie, ruszyliśmy na spacer po okolicy. Miasto dopiero budziło się do życia, na ulicach pojawiali się pojedynczy ludzie. Ktoś zamiatał chodnik, ktoś inny rozstawiał stragan. Dzieci w jednakowych mundurkach kierowały się w stronę szkoły. Na głównym placu spotkaliśmy jedną turystkę, starszą panią z aparatem na szyi – pozdrowiła nas serdecznie, bo głupio byłoby udawać, że się nie widzimy. Byliśmy tam przecież tylko my i ona. Słynne schody, na których wieczorami toczy się życie, rankiem odpoczywały od stukotu obcasów, szurania krzeseł i rozlewającego się rumu. Dachy i tarasy, na których przez pół nocy rozbrzmiewa “Chan Chan”, wypełniało tylko słońce. Trinidad z rana jest cichy i spokojny.

Sytuacja zmienia się diametralnie jeszcze przed południem. W ciągu dnia ruch kołowy w starej części miasta jest mocno ograniczony. Szlabany otwierane są tylko nielicznym – przejazd autem po wąskich uliczkach wypełnionych tłumem ludzi, jest z resztą niemałym wyczynem. Turyści zajmują więc całą szerokość ulic i chodników. Na trasie od kościoła do kościoła, mieszają się wszystkie języki świata. Mieszkańcy chowają się w tym czasie w swoich domach i sklepikach z pamiątkami. Nie przed zwiedzającymi, a przed słońcem. Środek dnia, to dla Kubańczyków czas na odpoczynek w chłodnych murach, bo słońce grzeje wtedy naprawdę mocno. Lokalne życie wraca na ulice dopiero późnym popołudniem, gdy cienie znacznie się wydłużają i pozwalają na siedzenie na schodkach przed domem.

Wieczorem temperatura powietrza staje się już przyjemna. W restauracjach powoli zaczynają rozstawiać się lokalni muzycy. Mają swój grafik, według którego kursują od jednej knajpki do drugiej. Mają też stały repertuar, więc odwiedzając dwa wieczory z rzędu tę samą restaurację, zna się już całą setlistę. Jak muzyka, to i taniec. Może nie w restauracjach, za to na ulicach i placach już tak. Bawią się przyjezdni i bawią się mieszkańcy. Chociaż ci drudzy raczej przed swoimi domami, w gronie rodziny, sąsiadów i przyjaciół.

Niestety dziecko, które wstaje o 6.00 – zasypia o 19.00, nie dla nas więc gwarny i roztańczony Trinidad. Po zmierzchu (który na Kubie przychodzi dość szybko!), siedzieliśmy już w swoim pokoju, przebierając zdjęcia i planując trasę na następny dzień. Dzień, który znów zacząć się miał dla nas o świcie. Chyba się już do tego przyzwyczailiśmy…

Komentarze