Ulice Kuby


Dziesięć razy zmieniałam zdanie, planując pierwszy wpis z Kuby. No bo od czego tu zacząć? Co opisać? Jak to w ogóle wyrazić? Nie da się przecież opowiedzieć o Kubie bez rysu historycznego. Bez zrozumienia sytuacji politycznej, widzielibyśmy w niej tylko piękne plaże, rum, cygara, kolorowe samochody i koszulki z Che Guevarą na ulicach. Nikt by sobie nawet nie zadał pytania skąd te stare auta właściwie się tam wzięły i dlaczego jakiś Argentyńczyk w berecie wylądował na straganach. A to ważne. To zmienia perspektywę. Sprawia, że nagle zaczynamy dostrzegać ciut więcej. Postanowiłam więc zacząć od ulic, bo to przecież ten bruk i te budynki były świadkami wszystkich przemian, które dokonywały się na wyspie. I przy odrobinie refleksji, odczytać z nich możemy całą historię.

Wschodzące słońce zatrzymuje się najpierw wysoko, na krzyżach. Chwilę później spływa po kościelnych wieżach, by musnąć kolorowe kamienice i dotrzeć na krzywe płyty chodnikowe, gdzie zostaje na długie godziny. Kuba przez długie lata pozostawała kolonią hiszpańską, stąd te kształty i zdobienia na fasadach. Barokowe katedry, neoklasycystyczne pałace, dające cień krużganki i arkady – w każdej większej miejscowości znajdzie się jakaś pamiątka architektoniczna z czasów konkwisty i niewolnictwa. Tak rodziła się znana Europie Kuba.

Wyspa dojrzewała w ścisłej relacji ze Stanami Zjednoczonymi, które ostatecznie ją zdominowały. Na ulice wyjechały amerykańskie samochody, w sklepach pojawiły się amerykańskie towary. Związek ze Stanami Zjednoczonymi zacieśniał się, prowadząc do całkowitego uzależnienia, a władze wyspy trafiły w tym czasie na ręce wojskowych dyktatorów. Jakość życia na Kubie drastycznie zmalała, terroryzowane społeczeństwo zaczęło buntować się przeciwko niesprawiedliwym rządom i zbyt bliskim stosunkom ze Stanami Zjednoczonymi. Przyjaźń sąsiedzką zerwał ostatecznie młody prawnik – Fidel Castro, którego działania podzieliły dzieje wyspy na dwa okresy: “przed rewolucją” i “po rewolucji”.

Rewolucja Kubańska, zapoczątkowana przez Fidela, doprowadziła do obalenia rządu, zerwania stosunków dyplomatycznych ze Stanami Zjednoczonymi, zmiany ustroju politycznego i potężnego kryzysu gospodarczego. Jej zamysł był dobry – młodzi patrioci wystąpili przeciwko wojskowej władzy, by odzyskać niepodległość dla swojego kraju i spokój ducha dla jego mieszkańców. Kuba wpadła jednak z deszczu pod rynnę – proimperialistyczną dyktaturę, zamieniono na radykalny nacjonalizm.

Zmiany ustrojowe przebiegały w sposób brutalny i krwawy. Stosowano tortury, dokonano setek egzekucji. Szacuje się, że na tratwach z blachy falistej, w kierunku Florydy uciekło w tym czasie niemal 2 miliony Kubańczyków. Stany Zjednoczone wprowadziły całkowite embargo. Pomoc gospodarcza przyszła jednak z krajów socjalistycznych, stąd na ulicach Kuby obok amerykańskich Cadillaców, pojawiły się Fiaty i Łady. Niestety wraz z upadkiem ZSRR, skończył się import towarów, a wyspa po raz kolejny pogrążyła się w kryzysie.

Na czym polega kubański komunizm? Na pustych półkach w sklepie i limitach na podstawowe towary. Na cenzurowanych mediach i braku swobodnego dostępu do Internetu. Na braku możliwości opuszczenia wyspy, przy jednoczesnym braku wjazdu na niektóre jej tereny (zarezerwowane dla turystów). Na policji obywatelskiej, socjalistycznej propagandzie i podporządkowaniu władzy wszystkich dziedzin życia.

Jak więc wyglądają dziś kubańskie ulice? To przede wszystkim zrujnowane kamienice, kotłujące się przy krawężnikach śmieci i zaniedbane place. Samochody, które jeżdżą dziś po Kubie, to pojazdy sprowadzone ze Stanów przed rewolucją i te, które pojawiły się na wyspie w czasach sympatyzowania ze Związkiem Radzieckim. Osoby prywatne mogą posiadać auto, tylko jeśli były jego właścicielami przed rewolucją (albo odziedziczyły je po śmierci właściciela). Jest ich ograniczona ilość, na ulicach nie ma więc zbyt dużego ruchu. Te, które mają przyciągnąć turystów, są błyszczące i zadbane. Cała reszta rozpada się w oczach. Brak autoryzowanych serwisów i oryginalnych części sprawia, że wszystkie naprawy i przeróbki są mocno improwizowane, ale kreatywność i pomysłowość Kubańczyków nie zna granic.

Tuning nie omija też rowerów. Na Kubańskich drogach jest ich dużo – pojawiły się, jako remedium na brak ropy po upadku ZSRR. Nie brak w nich drewnianych części i dorabianych siedzeń, a dziury w dętkach zgrzewa się w imadle, zrobionym z żelazka. Część rowerów przerobiono na riksze, które są głównym środkiem transportu w większych miastach. W tych mniejszych, wciąż królują wozy konne.

Melodyjne trele zaczynają się tuż po śniadaniu. To wtedy odsłania się klatki i karmi ptaki. Papużki, kanarki, wróbelki – wszystko co lata, trzyma się w domach w intencji szeroko pojętego dobrobytu. Nikogo nie dziwi widok mężczyzny maszerującego z kanarkiem w klatce po głównej ulicy, bo ptaki nierzadko zabiera się ze sobą do pracy, żeby i tam przyniosły szczęście. Na ulicach nie brak też psów, chociaż to akurat problem, bo wiele z nich zdycha z głodu, gorąca i braku wody. Nikt tu nie dba o bezdomne kundle, a w domach trzyma się chyba tylko pekińczyki…

Dzieci w wieku szkolnym widać na odległość. Jednakowe mundurki, wyróżniają się na tle kolorowych kamienic. Ze szkolnego dziedzińca zerka twarz Che Guevary. Nie dziwi nas to wcale, bo jest go pełno wszędzie. W domach i na ulicach, na murach i popielniczkach. O nim się śpiewa, o nim się milczy, tylko złego słowa powiedzieć nie wolno. Trochę w tym propagandy, mnóstwo popkultury i chyba jakiś strach? A może realny hołd? Kim był Ernesto Guevara? Młodym lekarzem, który chciał specjalizować się w kierunku leczenia trądu. Zapalonym fotografem, który nigdzie nie ruszał się bez swojego aparatu. Miłośnikiem książek i pisarzem, który walczył z kubańskim analfabetyzmem. Buntownikiem, wrażliwym na biedę i niesprawiedliwość społeczną. Charyzmatycznym przywódcą. Radykalnym komunistą. Zbrodniarzem wojennym, który jako prawa ręka Fidela, miał na swoim koncie najbardziej brutalne egzekucje z czasów rewolucji… Kim nie był? Kubańczykiem. Chociaż spacerując po chodnikach Kuby łatwo o tym zapomnieć. Jego podobizny na stałe wtopiły się w krajobraz pełen starych samochodów i kolonialnej architektury. I ciężko uwierzyć w to, że te ulice pamiętają czasy, gdy go tam jeszcze nie było…

Słońce wraca tą samą drogą. Powoli opuszcza bruk i chodniki, prześlizguje się po kolorowych tynkach i kończy swój dzień na kościelnych wieżach. Wieczorami ulice zapełniają się ludźmi. Życie towarzyskie kwitnie przy dźwiękach “Chan Chan” i płytkach domino. Po ciemku słabiej widać to, co z przodu i to, co z tyłu. Historia nie ma już znaczenia. Jest tylko tu i teraz.

Komentarze