Wiosna, ach to ty…

Wiecie jaka jest wyższość urlopu nad wakacjami? Można go wziąć w dowolnym czasie! Nie trzeba się już ograniczać z wyjazdami do przysłowiowego lata, które przecież lepiej spędzić na miejscu, skoro to jedyny ciepły czas na to, by wyskoczyć w weekend pod namiot nad pobliskie jezioro, albo skorzystać z dobrodziejstw działki. Oczywiście lato niby długie, można w nim zmieścić i wyjazd i działkę (zwłaszcza mając 3 miesiące wakacji na studiach), ale wiecie jak to jest… Przeważnie dobra pogoda trafia się w kraju akurat wtedy, gdy nas w nim nie ma, a po powrocie czeka powitalny deszcz… No więc skoro nie lipiec, to co? Ano wczesna wiosna! Przełom marca i kwietnia to od lat moja ulubiona pora na podróż. Dlaczego?

Bo nie lubię zimy. I po paru miesiącach szarugi za oknem, mam zwyczajnie dość. Potrzebuję naładować baterie witaminą D i nie mam mocy na to, by czekać do majówki. W krajach oddalonych o 4-5 godzin lotu z Polski (w stronę równika), możemy się w marcu/kwietniu spodziewać temperatur w okolicach 25 stopni. Wystarczająco przyjemnie dla kogoś, kto zdążył już zmarznąć w kraju, ale jeszcze nie za gorąco (nie umiem sobie przykładowo wyobrazić lipca w Maroku, gdzie średnia temperatura powietrza dochodzi do 40 stopni, a odczuwalna do 50).

Bo jest pięknie! Zmęczone szarością oczy (umówmy się – białą zimę to my mamy w górach i może na Podlasiu, ale na pewno nie w Szczecinie) potrzebują światła i kolorów. Wiosną przyroda budzi się do życia. Mieliśmy okazję doświadczać tego w Maroku, Izraelu, Jordanii i na Cyprze. Zielone gaje na pustyniach, kwitnące drzewa, łąki pełne kolorowych kwiatów – o takie krajobrazy ciężko latem, gdy cała zieleń jest już popalona słońcem. Mało tego! Nierzadko drobne rzeki, płytkie jeziora, a nawet imponujące wodospady wysychają w okresie letnim. O ile oczywiście bierzemy pod uwagę kraje leżące na południu Europy, północy Afryki, czy Bliskim Wschodzie. Ten tekst nie dotyczy Filipin, ani Islandii.

Bo jest pysznie! Zdarzyło nam się jeść prosto z drzewa migdały w Maroku (no dobra, może nie tak prosto z drzewa – musiały trochę podeschnąć na słońcu) i karob na Cyprze. Cypr w kwietniu to w ogóle uczta dla podniebienia – dojrzewa wtedy mnóstwo owoców, między innymi bardzo popularna tam morwa i praktycznie niespotykany w Polsce loquat (nazywany ponoć u nas nieśplikiem japońskim, śliwką japońską lub kosmatką japońską). Żółciutki, soczysty, w smaku coś pomiędzy gruszką, a śliwką, chociaż chwilami bardziej kwaskowaty. Latem już go ponoć nie ma! Żeby nie było – wciąż mam na końcu języka smak sierpniowych arbuzów na Krymie. Ale wiosna też potrafi być soczysta!

Bo nie ma sezonu! Dzięki temu jest taniej i przyjemniej. Znacznie taniej i znacznie przyjemniej!

Bo wraca się do Polski, mijają dwa – trzy tygodnie, człowiek żyje jeszcze wyjazdem, a tu… wiosna! Nasza polska, zielona i pachnąca wiosna! A zaraz po niej lato! No przedłużamy sobie po prostu ten czas, gdy jest ciepło i słonecznie i z pewnością wpływa to pozytywnie na nasze zdrowie fizyczne i psychiczne (chyba, że ktoś jest sezonowym alergikiem i wiosna go zwyczajnie dusi).

Bo zaraz dzieci pójdą do szkoły i znów będzie trzeba ograniczać się do lata… 🙂 🙂 🙂

Jedyny minus wiosennych wyjazdów? No woda jest jeszcze troszkę za zimna do pływania. Więc jeśli ktoś lubi plażowanie i pływanie, to może… jesień? Albo… dalej? 🙂

Wszystkie zdjęcia pochodzącą z kwietniowego wyjazdu na Cypr.