Wodospady Islandii.


Nazywanie Islandii wyspą lodu i ognia to grube uproszczenie. Mówi o tym, jak powstawał ten nieprzychylny człowiekowi ląd – nie opisuje natomiast tego, jak Islandia wygląda. A przecież oprócz lodowców i kraterów, liczą się detale! Puszysty mech porastający ciągnące się po horyzont pola lawy. Bazaltowe ściany poprzecinane tysiącem wodospadów. Piargowe zbocza w kolorach tęczy. Para unosząca się nad gorącymi źródłami. Samotne, karłowate drzewka, które całymi dniami negocjują przetrwanie z wiatrem. Woda, ogień, ziemia, powietrze – w żadnym miejscu na świecie nie czułam się bliżej tych mocy. Islandia jest dla mnie królową żywiołów i zasługuje na to, by tym mianem ją określać.

Nie potrafię wskazać miejsca, które zachwyciło mnie w Islandii najbardziej. Mam kilka typów (podobnie, jak Jacek), wciąż jednak miesza mi się przed oczami cała reszta. Dlatego nie wyróżnię dziś jednego wodospadu (chociaż w tej kwestii byliśmy z Jackiem zdecydowanie jednogłośni) i opiszę dziewięć. Zdaję sobie sprawę, że wymienię te najbardziej popularne wśród turystów, ale z czegoś ta popularność w końcu wynika, prawda? A dlaczego zaczynam od wodospadów? Bo są wszędzie! Jadąc dookoła Islandii, za jednym zakrętem trafia się na lodowiec, za kolejnym – na wulkaniczne skały. Krajobraz jest wbrew pozorom dość zróżnicowany i poszczególne części wyspy różnią się od siebie. Zawsze jednak w zasięgu wzroku znajdzie się jakiś wodospad. Zawsze. Jest ich tam bowiem około… dziesięciu tysięcy. W kraju zamieszkiwanym przez mniej osób, niż nasz rodzinny Szczecin. Czy to nie jest nieprawdopodobne?

Gulfoss. Pierwszy duży wodospad Islandii, który przyszło obejrzeć nam i prawdopodobnie pozostałym tysiącom turystów, którzy przybywają na wyspę. Jako atrakcja turystyczna wchodzi w skład tzw. Golden Circle – pętli, którą zrobić można w jeden dzień, ze startem i metą w stolicy. Tak naprawdę to dwie kaskady, ułożone względem siebie niemal pod kątem prostym. Obejrzeć można go z różnych stron, bo wokół przygotowano kilka punktów widokowych. Wszystko w obrębie kilkudziesięciu metrów od parkingu z zapleczem gastronomicznym, toaletami i zagrodą z konikami. Wodospad piękny i duży – trzeba więc liczyć się z niemałą bryzą, gotową zmoczyć każdego, kto postanowi podejść do niego bliżej. Zrobił na nas duże wrażenie, nie on został jednak naszym faworytem.

Seljalandsfoss. Położony przy głównej drodze, słynie z tego, że swoją nazwą łamie języki obcokrajowcom i z tego, że można obejść go dookoła. Ściślej mówiąc – można przejść pod nim. Przygotowana ścieżka prowadzi za wodną kurtynę, co oczywiście wiąże się z przejściem przez bryzę i chwilowym przemoczeniem. Warto jednak się na to zdecydować, bo rzadko przecież człowiek ma okazję zobaczyć wodospad od drugiej strony. Parking pod wodospadem jest wyjątkowo płatny, ale jadąc słynną islandzką drogą numer 1, głupio byłoby tę atrakcję pominąć.

Skogafoss. Jeden z moich ulubionych, chociaż tak naprawdę na tle islandzkich kaskad, nic szczególnego go nie wyróżnia. Obejrzeć można go z dołu i z góry, a najlepiej prosto z namiotu, lub campera stojącego na campingu tuż pod nim. Z widokiem na ten wodospad, obudziłam się w dniu swoich trzydziestych urodzin i to był dobry poranek.

Svartifoss. Ukryty w gęstwinie krzaków i drzew na terenie Parku Narodowego Skaftafell, wymaga godzinnego podejścia z poziomu pola namiotowego. Jest niewielki i wyjątkowo wąski, ale za to spływa po przepięknie ukształtowanych kolumnach z bazaltu. Nie udało nam się niestety zobaczyć go w słońcu, na szczęście taki zachmurzony też miał swój urok. Bazaltowe organy nabrały nieco mrocznego charakteru i sprawiły, że niemal słyszeliśmy z tyłu głowy ścieżkę dźwiękową z ekranizacji Tolkiena (chociaż te powstawały przecież w Nowej Zelandii). Nasza bujna wyobraźnia zadbała z resztą o to, by skojarzenia z tolkienowskim światem pojawiły się w trakcie tej podróży jeszcze wielokrotnie.

Dettifoss. Skoro już o filmach mowa – myślę, że każdy fan twórczości Ridleya Scotta, pamięta pierwszą scenę z filmu “Prometeusz”, chociaż pewnie mało kto wie, że była ona kręcona nad wodospadem w północnej części Islandii. Dettifoss jest potężny. Żadne inne słowo nie jest tu potrzebne. Ilość wody przewalająca się przez ten wodospad zapiera dech w piersiach. Wiodą do niego dwie drogi, przez co można obejrzeć go z obu stron. Jedna droga jest asfaltowa, a na jej końcu czeka parking, toalety, metalowe kładki i oznaczone drogowskazami ścieżki. Druga droga – szutrowa, kończy się niewielkim parkingiem i równie dobrze wyznaczonymi ścieżkami, chociaż mniej już tam infrastruktury, bo i turystów po tej stronie zdecydowanie mniej. Moim zdaniem obie strony warto zobaczyć. Jeśli jednak miałabym wybrać tylko jedną – wybrałabym tę z gorszym dojazdem, bo można tam podejść bliżej wody, jest mniej turystów, mniej bryzy i to właśnie tam kręcono “Prometeusza”.

Selfoss. Oddalony kilometr od wodospadu Dettifoss, pozostaje chyba nieco w jego cieniu. Do niego również dotrzeć można od dwóch stron, my jednak widzieliśmy go wyłącznie od strony asfaltowej drogi. W dodatku padało i aura nie sprzyjała…

Hafragilsfoss. Kolejny wodospad położony w odległości paru kilometrów od Dettifossu. Pięknie widać go z góry, na którą prowadzi wspomniana wcześniej szutrowa droga. Da się tam dojechać samochodem bez napędu 4×4, trzeba jednak pamiętać o tym, by jechać powoli i ostrożnie. Myślę, że może to być najmniej znany wśród turystów wodospad z tych, które tu opisujemy. W końcu po tym, jak się zobaczyło Dettifoss, trzeba ochłonąć. Pięć, dziesięć, czy piętnaście minut między Dettifossem, a kolejnym wodospadem, to jeszcze za mało na nabranie dystansu.

Godafoss. Nazwałam go wodospadem z przedziałkiem pośrodku, bo jest niemal symetryczny i wygląda trochę, jak lustrzane odbicie. Absolutnie warty zobaczenia, co nie jest trudne, bo leży przy głównej drodze w północnej części wyspy. Można go zobaczyć z prawej strony i z lewej, z góry i z dołu. Jest piękny! I gdyby nie to, że udało nam się zobaczyć jeszcze jeden – Godafoss zostałby prawdopodobnie moim numerem jeden.

Dynjandi. Znany również pod nazwą Fjallfoss. Perła Fiordów Zachodnich – najstarszej, najmniej zaludnionej i najrzadziej odwiedzanej przez turystów części Islandii. Nasz jednogłośny faworyt. Ostatni duży wodospad, który przyszło nam zobaczyć i zdecydowanie najpiękniejszy na tle wszystkich pozostałych. Ogromny, a przy tym subtelny. Spływająca kaskadowo woda przypomina welon, woalową firankę. Dojazd do niego, to długa droga. Na Fiordach Zachodnich drogi wiją się i kręcą, ale widoki wynagradzają wszystko. Na przybyłych czeka niewielki parking i toaleta, a potem pół godziny spaceru pod górę, w trakcie którego mija się jeszcze pięć innych wodospadów. Nie umiem opisać wrażenia, jakie robi Dynjandi, bo najzwyczajniej brak mi na to słów. Przyszło mi do głowy, że jest onieśmielający, chociaż na naszych oczach wykąpało się w nim dziesięć nagich dziewczyn (jedną dostrzec można w prawym dolnym rogu pierwszego zdjęcia – daje to obraz skali całego wodospadu) – widać jednych onieśmiela, innym dodaje odwagi. Bezdyskusyjny numer jeden!

Niestety nie udało nam się zobaczyć wszystkich wyjątkowych wodospadów, które planowaliśmy. Udało nam się za to zobaczyć prawdopodobnie najpiękniej położoną miejscowość na wyspie, czego z kolei nie planowaliśmy. Seydisfjordur – miasteczko portowe we wschodniej części wyspy, do którego dopływają promy z Danii i Wysp Owczych. Otoczone jest z trzech stron pięknymi wzniesieniami, co samo w sobie oczywiście by wystarczyło, ale nie byłoby powodem, dla którego wspominam to miejsce w tym wpisie. W trakcie naszej podróży po Islandii, szybko nauczyliśmy się, że tam, gdzie góry – tam również wodospady. A tam, gdzie dużo gór – tam dużo wodospadów. Na drodze dojazdowej do Seydisfjordur są ich setki! Asfalt wije się serpentynami, po obu stronach zostawiając za sobą całe rzędy malutkich kaskad, spływających każdą najmniejszą szczeliną zbocza. Trafiliśmy tam w deszczu, zdjęć więc za dużo nie ma, ale przed oczami wciąż mam ten obraz. I mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się go zobaczyć.

Komentarze