Z Arnarstapi do Hellnar i z powrotem


W zachodniej części wyspy, u podnóża lodowca Snæfellsjökull, leżą sobie po sąsiedzku dwie małe wioski o dość prostych (jak na islandzki język) nazwach: Arnarstapi i Hellnar. Mimo że rybackich wiosek na Islandii nie brakuje, te dwie odwiedzane są przez turystów znacznie chętniej, niż reszta. Wypakowane po brzegi autokary stają na zakładkę i pod kątem, byle tylko zmieścić się na niewielkich parkingach. Prawdopodobnie ilość osób mieszcząca się w stojących tam pojazdach, wielokrotnie przekracza liczbę mieszkańców obu wsi łącznie. Nikt się jednak do samych wiosek nie zapuszcza, bo odwiedzającym nie chodzi ani o Arnarstapi, ani o Hellnar – tylko o to, co pomiędzy nimi. O spacerową ścieżkę poprowadzoną skrajem bazaltowych klifów.

Islandię rokrocznie odwiedza olbrzymia ilość turystów. Nie ma tam znanych na cały świat zabytków, brak też możliwości wygrzania się na słonecznej plaży (no dobra – są gorące źródła), a jednak każdego roku tysiące osób decyduje się na to, by swój urlop (często krótki i jedyny w roku) spędzić w towarzystwie zimnego wiatru. O czym to świadczy? Chyba o tym, że ludzie jednak kochają przyrodę. Są wrażliwi na to, co stworzyła natura, zachwyca ich ona i potrafią wiele dla niej znieść. Są estetami i lubią cieszyć oczy tym, co piękne. Wydawać by się mogło, że takich osób nie ma zbyt wiele, ale statystyki dotyczące ruchu turystycznego na Islandii, mówią jednak co innego. Z resztą, czy jest tu ktoś, kto nie uśmiecha się na widok wiewiórki w parku lub sarenki na polu? Coś nas w tą przyrodę ciągnie, coś nam ta przyroda daje… Dlatego właśnie odwiedzamy takie miejsca, jak to.

Droga z Arnarstapi do Hellnar daje w pierwszej kolejności możliwość zagapienia się w uderzające o bazaltowe skały fale. Ta opcja dostępna jest dla wszystkich, gdyż punkty widokowe w Arnarstapi i ścieżki pomiędzy nimi, zostały w pewnym stopniu dostosowane dla osób poruszających się na wózkach (bez problemu pokonają ją więc również osoby starsze, z laskami i o kulach, rodziny z dziećmi w wózkach itp.). Wygodne podłoże kończy się jednak przy furtce, za którą ścieżka zaczyna się już wić wśród skał i kamieni. Tam widoki są lepsze, niestety żaden wózek się już nie przeciśnie.

Droga do Hellnar ciągnie się przez porośnięte mchem pole lawy. Czasem oddala się od krawędzi klifu chyba tylko po to, by w najlepszym momencie umożliwić odkrycie wystających z wody łuków, kolumn i ukrytych w skałach jaskiń. Jest cicho i naprawdę malowniczo, a sama droga nie jest ani długa, ani wyczerpująca. Na końcu ścieżki, w niewielkiej chatce z kilkoma stolikami na tarasie, mieści się kawiarnia. Można w niej odpocząć, napić się gorącej czekolady i zjeść najpyszniejsze na świecie gofry (nazywane tam waflami), a potem… wrócić tą samą drogą tak, jak my to zrobiliśmy lub spróbować złapać jakiś transport z Hellnar (przy założeniu, że auto zostało na parkingu w Arnarstapi).

Trasa ta jest trochę jak połączenie lekkiego trekkingu po górach z rodzinnym spacerem po parku. Z pewnością nierealna do przejścia zimą i na pewno nieprzyjemna (a może nawet niebezpieczna) przy dużym wietrze i w deszczu – przy dobrej pogodzie staje się wręcz idealnym pomysłem na leniwe popołudnie (Adaś pół drogi przespał). A gdybym mieszkała w okolicy, chodziłabym tam na randki! Planującym zwiedzać zachodnią część wyspy, polecamy więc bardzo. Spacery są fajne!

 

Komentarze